Unia Europejska od lat kreuje się na bastion przejrzystości, demokracji i walki z korupcją. Tymczasem kolejne skandale obnażają prawdziwe oblicze tej biurokratycznej machiny – skorumpowanej, politycznie uzależnionej i głęboko nieskutecznej. Ostatnia afera, którą media już ochrzciły mianem „HuaweiGate”, ukazuje do jakiego stopnia europejskie instytucje przestały pełnić swoją funkcję – choćby te, które zostały powołane do walki z nadużyciami.
Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF, fr. L’Office européen de lutte antifraude) – urząd utworzony przez Komisję Europejską 28 kwietnia 1999 roku – teoretycznie ma za zadanie zwalczać korupcję, nadużycia budżetu Unii oraz przemyt papierosów i alkoholu. OLAF posiada również kompetencje nadzoru podatkowego, działając zarówno wewnątrz struktur unijnych, jak i w państwach członkowskich. Co więcej, urząd ten – przynajmniej w teorii – działa niezależnie od Komisji Europejskiej oraz innych struktur unijnych, z wyjątkiem specjalnego Komitetu Kontrolnego, złożonego z pięciu ekspertów powoływanych na trzyletnie kadencje przez Parlament Europejski, Komisję oraz Radę UE.
Warto jednak przypomnieć, iż OLAF powstał pod silną presją ze strony Parlamentu Europejskiego, który nie krył swojego niezadowolenia z pracy poprzedniego organu antykorupcyjnego – UCLAF (Unité de coordination de lutte anti-fraude), bezpośrednio podporządkowanego Komisji Europejskiej. UCLAF nie radził sobie z wykrywaniem i zwalczaniem korupcji wewnątrz unijnych struktur, dlatego potrzebna była głęboka reforma. Dziś, po ponad dwóch dekadach, coraz częściej pada pytanie: czy OLAF naprawdę spełnia swoją funkcję, czy też stał się jedynie polityczną zasłoną dymną?
Ostatnie wydarzenia każą poważnie w to wątpić. OLAF odmówił wszczęcia dochodzenia w sprawie korupcyjnych powiązań europosłów z chińskim gigantem technologicznym Huawei. Wszystko to pomimo faktu, iż belgijskie organy ścigania zebrały wystarczające dowody, by aresztować podejrzanych i prowadzić śledztwo na szeroką skalę. Dyrektor OLAF-u, Ville Itälä, tłumaczy swoją decyzję brakiem „konkretnych” przesłanek w zgłoszeniu z 2022 roku. Trudno o bardziej groteskowe wyjaśnienie, biorąc pod uwagę eskalację afery, zatrzymania, zarzuty i twarde dowody przedstawione przez belgijskich prokuratorów.
Według śledczych, grupa europosłów – w tym związanych z największymi frakcjami politycznymi, Europejską Partią Ludową (EPP) i Socjalistami (S&D) – miała przyjmować nielegalne płatności w zamian za podpisanie listu do Komisji Europejskiej, promującego interesy Huawei w kontekście wdrażania technologii 5G w Europie. Przekręty finansowe były kamuflowane dzięki fałszywych faktur i portugalskich kont bankowych. Kwoty sięgały tysięcy euro – prawie 15 000 euro dla autora dokumentu i po 1 500 euro dla wszystkich dodatkowego sygnatariusza.
OLAF, który każdego roku otrzymuje ponad 4 tysiące skarg, usprawiedliwia swoją bierność rzekomo niską jakością dowodową zgłoszenia. Ale skoro sprawa była na tyle poważna, by wszcząć działania policyjne i dokonywać zatrzymań w Belgii, jakim cudem nie wzbudziła żadnego zainteresowania w instytucji, która powinna być pierwszą linią obrony przed korupcją w UE?
Organizacje takie jak Transparency International wskazują, iż OLAF został bezpośrednio poinformowany o sprawie i miał dostęp do dalszych materiałów. Tymczasem dyrektor Itälä apeluje o „spokój” i „zaufanie do systemu” – co w świetle eskalującego śledztwa brzmi jak kiepski żart.
Nie można zapominać, iż to nie pierwszy tego typu skandal. Qatargate, Moroccogate – wszystkie te afery pokazują, iż europarlamentarzyści różnych opcji z równą łatwością przyjmują łapówki, co potem chowają się za immunitetami i unijną biurokracją. Zarzuty wobec socjalistycznych europosłów, a teraz także przedstawicieli EPP, ujawniają jak głęboko sięga systemowy problem.
Marine Le Pen nie bez racji oskarża europejskie instytucje o wybiórczość i polityczne uprzedzenia w prowadzeniu śledztw. Jeszcze dalej idzie europejska prokurator generalna Laura Codruța Kövesi, która publicznie zarzuciła OLAF-owi brak efektywnej współpracy z Europejskim Urzędem Prokuratorskim (EPPO). To jawna wojna między instytucjami, które powinny współdziałać, by oczyszczać Europę z patologii.
Belgijskie śledztwo postępuje, a tymczasem na naszych oczach rozgrywa się dramat – nie tylko jednostkowego nadużycia, ale systemowego upadku zaufania do Unii Europejskiej jako projektu. Zamiast być przykładem dla świata, UE staje się symbolem biurokratycznej zgnilizny, politycznego kunktatorstwa i bezkarności elit.
Czy ktokolwiek jeszcze wierzy, iż ta Unia naprawdę walczy z korupcją?