Trwa w najlepsze kampania przed majowymi wyborami prezydenckimi. Gdyby miał w nich uczestniczyć ktoś, kto nie ma żadnych wcześniej sprecyzowanych sympatii i antypatii politycznych i partyjnych, adekwatnie nie wiedziałby jak ma się zachować.
Poziom przedwyborczej rywalizacji spadł do tego stopnia, iż dziś mamy przede wszystkim pojedynki obrazkowe czy memiczne. To zatem, przynajmniej na razie, kolejna kampania pozbawiona niemal całkowicie realnych treści programowych. Ton jej nadawali do niedawna politycy dwóch partii bez adekwatności, PO i PiS, od lat deformujący polską scenę polityczną, infantylizujący ją i niszczący zalążki wszelkiej realnej dyskusji. Niespodziewanie do czołówki doszlusował kandydat spoza wspomnianej dwupartyjnej konstelacji. Mowa oczywiście o wybrańcu Nowej Nadziei i części Konfederacji. Fenomen jego rosnącego poparcia wytłumaczyć można dwoma czynnikami. Po pierwsze, jest spoza dotychczasowego duopolu partyjnego (nawet jeżeli sam przyznaje, iż w młodości idea POPiS była mu bliska). Po drugie, sprawnie posługuje się przekazem krótkim, obrazkowym dostosowanym do poziomu większości odbiorców. Jest więc produktem pewnej epoki; zresztą pokoleniowo w tą epokę wpisanym, młodszym o kilkanaście lat od konkurentów, którzy chcą na siłę do obecnych czasów doszlusować, co wychodzi nieraz żałośnie, nieraz komicznie.
Wybór kandydatów na najwyższy urząd w państwie jest systemowo ograniczony. Bariery dostępu do samego uczestnictwa w elekcji, korzystania z biernego prawa wyborczego są ustanowione w taki sposób, by tylko niewielu mogło je przekroczyć. Chodzi oczywiście o wymóg zebrania co najmniej 100 tys. podpisów w stosunkowo krótkim terminie. To z kolei wymaga albo dużych pieniędzy, albo posiadania sprawnego ruchu ze strukturami w całym kraju (czyli też de facto pieniędzy). Aby móc świadomie zagłosować na kandydata najbardziej odpowiadającego naszym interesom, musimy też mieć możliwość poznania jego propozycji programowych. Tymczasem w obecnym systemie medialnym, choćby z uwzględnieniem mediów społecznościowych, często choćby nie wiemy o udziale w rywalizacji wyborczej wszystkich pretendentów.
Ograniczonego wyboru dokonują ograniczeni wyborcy. Przeciętny obywatel nie jest w stanie z kilku względów na dokonanie świadomego aktu głosowania. Po pierwsze, wielu z naszych rodaków nie do końca zdaje sobie sprawę z istnienia takich pojęć jak interes narodowy, grupowy czy społeczny. Najlepszym tego odzwierciedleniem jest tendencja do głosowania części naszych prekariuszy na kandydatów czy ugrupowania prezentujące stanowisko libertariańskie czy neoliberalne. Poglądy społeczne i gospodarcze głoszone przez potencjalnego czarnego konia nadchodzących wyborów są diametralnie sprzeczne z interesami milionów zadłużonych, ledwie wiążących koniec z końcem Polaków. A mimo to gotowi są oni zagłosować na niego jako na człowieka spoza establishmentu, podobnie jak niedawno Argentyńczycy zagłosowali na libertarianina Javiera Milei’a, a dziś wychodzą na ulice w geście rozpaczy.
Po drugie, kandydaci w wyborach prezydenckich nie prezentują realistycznych programów, bo wiedzą, iż wystarczy im zbiór często niespójnych tiktokowych haseł i okrzyków. A to im wystarczy dlatego, iż przeciętny wyborca pochłonięty jest sprawami dużo bardziej przyziemnymi niż lektura dokumentów programowych polityków zabiegających o jego głosy. Ba, wielu z tych wyborców – choćby tych mających nieco więcej czasu w refleksję – jakiegokolwiek zastanowienia się nad zagadnieniami publicznymi unika, bo to zbyt trudne. Nie rozumieją podstawowych pojęć z zakresu państwa, konstytucji, prawa czy ekonomii. W efekcie głosują na tych, którzy mają lepiej podrasowane na zdjęciach oblicza, zorganizują głośniejszy happening albo po prostu częściej będą spoglądać na nich z ekranu telewizora, monitora komputera czy telefona.
Choćby z powyższych względów emocjonowanie się nadchodzącymi wyborami prezydenta wydaje się zajęciem dość jałowym, chyba, iż chcemy na ich podstawie wysnuć pewne diagnozy psychologiczne i socjologiczne, określające nasz stan jako społeczeństwa. Nie zmienia to faktu, iż w wyborach tych udało się zarejestrować kilku kandydatom mających nam wszystkim coś ważnego i interesującego do powiedzenia. To już coś. Być może dzięki temu kampania ta będzie nieco bardziej pożyteczna w sferze edukacyjnej od poprzednich, całkowicie wyjałowionych z wszelkiej myśli.
Mateusz Piskorski
fot. profil X S. Mentzena
Myśl Polska, nr 13-14 (30.03-6.04.2025)