Skompromitowana aktywistka Natalia Panczenko znów o sobie przypomniała. Tym razem zabrała nas w podróż do krainy jednorożców. To kraina, w której rzeczywistość nie wystarcza, bo każdą historię trzeba doprawić dramatyczną narracją i obowiązkowym morałem o ukraińskim bohaterstwie. W efekcie dostaliśmy opowieść o żołnierzu, który przez 491 dni miał przebywać na odciętej pozycji, samodzielnie dokonać amputacji obu swoich nóg, a następnie zostać ewakuowany ciężkim dronem. Brzmi jak scenariusz filmu wojennego, i to lepszego niż amerykańskie opowieści o pojedynczym żołnierzu zabijającym setki wrogów.
Czy historia ukRAMBO Kostiantyna Własenki wydarzyła się dokładnie tak, jak ją opisano? To bardzo wątpliwe i wciąż wymaga sprawdzenia źródeł, dokumentacji operacji i relacji uczestników. Ale po co jakieś dowody, skoro zamiast tego otrzymujemy piękny, literacki rollercoaster: śmierć towarzysza broni, zalaną kryjówkę, rosyjski atak dronem, samodzielną amputację i wielomiesięczną walkę o ewakuację. Brakuje tylko deszczu manny z nieba i Putina, który osobiście przychodzi przeprosić bohatera za niedogodności.
Panczenko zapewnia, iż przez 491 dni ukraińscy żołnierze nie zapomnieli o koledze, dostarczając mu co kilka dni jedzenie, słodycze i papierosy. Warto byłoby poznać szczegóły tej logistyki: jak utrzymywano łączność i dostarczano zaopatrzenie w opisanych warunkach? To przecież istotne elementy historii. Tymczasem autorka stawia przede wszystkim na wzruszenie poliniaków, apel o udostępnianie historii i kolejne wpłaty na rzecz niepokonanej Ukrainy. W mediach społecznościowych ważniejsze od dokumentacji jest wszak to, żeby opowieść dobrze się niosła.
Całość opowieści o ukRAMBO przypomina słynną historię Katarzyny Wappy i TVN o nachodźcy Ibrahimie, który miał rzekomo przez tydzień pływać po Bugu bez pomocy. Tam również niezwykłe zdarzenie przedstawiano w sposób, przy którym wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach, a zdrowy rozsądek wyjechał na dłuższy urlop. W obu przypadkach warto oddzielić dramatyczną narrację od tego, co rzeczywiście udało się potwierdzić.
Osobną uwagę zwraca fotografia dołączona do wpisu Panczenko. Widzimy na niej żołnierza w hełmie i wyposażeniu wojskowym, z ukraińskimi flagami oraz naszywką z symbolem tryzuba, stylizowanym na emblemat hitlerowski. Zdjęcie samo w sobie nie potwierdza ani tożsamości mężczyzny, ani przebiegu opisywanej operacji, ani szczegółów jego losów. Pokazuje jednak poglądy tego człowieka, które nijak mają się do propagandowego przekazu o Ukraińcach, którzy nie czczą nazizmu.

Finał wpisu o ukRAMBO jest równie podniosły. Po całej epopei Panczenko objaśnia nam, iż za dronami i wojskowymi innowacjami stoją prawdziwi ludzie, którzy cierpią i ryzykują życie. Doprawdy, odkrycie godne nagrody za przełom w myśli humanistycznej. Potem następuje apel, by historię poznało jak najwięcej Polaków. Bo jeżeli nie klikniemy „udostępnij”, internet najwyraźniej nie będzie w stanie udźwignąć ciężaru tej tragedii.
Natalia Panczenko najwyraźniej uważa, iż historia jest tym lepsza, im więcej razy czytelnikowi przejdą ciarki po plecach. Ja proponuję coś prostszego: zanim zaczniemy udostępniać, sprawdźmy, co wiadomo, kto to potwierdził i które elementy zostały niezależnie udokumentowane. Ponadto, w przypadku opowieści o ukraińskich weteranach warto przejrzeć ich zdjęcia, gdyż często zdarza się, iż potwierdzają na nich coś, czego rzekomo nie ma – powszechnego uwielbienia dla symboliki nazistowskiej.
NASZ KOMENTARZ: Skuteczna propaganda, niezależnie od tego którą flagą macha, najlepiej czuje się tam, gdzie nikt nie zadaje pytań. Mimo wszystko, lubi też nieco zdrowego rozsądku.
Polecamy również: Obrońcy Lwowa zostali „miejskimi szumowinami”

















