Największa partia opozycyjna ponosi olbrzymie koszty wizerunkowe i sondażowe związane z ucieczką dwóch byłych posłów i ministrów na Węgry. W szeregach PiS ta sprawa budzi wiele kontrowersji, napięć i konfliktów, ale oficjalny przekaz jest taki, że: Marcin Romanowski i Zbigniew Ziobro są prześladowani przez reżim Tuska. Taka argumentacja przekonuje tylko i wyłącznie najbardziej fanatycznych wyborców PiS i pewnie straty byłyby jeszcze większe, gdyby nie słynna zasada POPiS-wego wsparcia. Za każdym razem, jak jedna z partii zrobi coś niemądrego albo nieprzyzwoitego, wcześniej niż później identycznego zachowania można się spodziewać po drugiej stronie.
Przy ściganiu Ziobry i Romanowskiego widać to jak na dłoni. Byłemu ministrowi i wiceministrowi sprawiedliwości rękę podał obecny minister sprawiedliwości Waldemar Żurek. W powszechnym odbiorze społecznym postawa polityków PiS wywołuje oburzenie, ale takie same emocje towarzyszą Polakom patrzącym na to, co robi Waldemar Żurek, a robi bardzo wiele, żeby ośmieszyć własny resort i cały wymiar sprawiedliwości. Zacznijmy od tego, iż Ziobro i Romanowski uzyskali na Węgrzech azyl polityczny, co oznacza, a zatem żadne czynności prawne podejmowane w Polsce nie mogą doprowadzić do ich zatrzymania. W najmniejszym stopniu nie przeszkadza to ministrowi Żurkowi w produkcji kolejnych żałosnych odcinków tego samego serialu: „Rozliczymy PiS, bo wszyscy są równi wobec prawa”.
Zanim ośmieszył się Żurek, pierwszą poważną porażkę zaliczył jego poprzednik Adam Bodnar. Pomimo tego, iż większość sędziów sprzyja obecnej władzy to i tak sąd uznał zatrzymanie Marcina Romanowskiego za bezprawne. W następnym odcinku serialu sąd postanowił nie uwzględnić wniosku o wydanie ENA i to dopiero połowa porażki ekipy rządzącej. W uzasadnieniu sędzia Dariusz Łubowski nie zostawił suchej nitki na prokuraturze, która przygotowała prawnego potworka zamiast merytorycznego wniosku i jeszcze uznał, iż nie ma żadnego „przywracania praworządności”, za to jest „kryptodyktatura”. Po tym orzeczeniu Waldemar Żurek wpadł w amok i publicznie oświadczył, iż postanowienie razem z sędzią jest nie do zaakceptowania. Problem polegał jednak na tym, iż było to niezaskarżalne orzeczenie, czyli nie można się było się poskarżyć kolejnej instancji.
Dla Waldemara Żurka stan prawny nie stanowił najmniej przeszkody i wbrew prawu ponownie złożył identyczny wniosek, do którego dołączył wniosek o wyłącznie sędziego Dariusza Łubowskiego. Sąd Okręgowy w Warszawie po zmianach kadrowych, dokonanych na polecenie ministra Żurka, posłusznie uwzględnił wniosek i wyznaczył sędziego „pewniaka”. Przy tym samym materiale dowodowym, podstawie i argumentacji prawnej wniosku, wczoraj na niejawnym posiedzeniu, sędzia Izabela Ledzion wydała postanowienie o wydaniu ENA. Pełnomocnik i sam podejrzany nie mogą w tej sytuacji nic zrobić, poza zawiadomieniem prokuratury o popełnieniu przestępstwa przez prokuraturę i sąd, co zresztą publicznie zapowiedzieli. Zawiadomienie będzie rozpoznawać prokuratura, którą kieruje Waldemar Żurek i w tym miejscu można opuścić kurtynę.
Dla czystej formalności wypada jeszcze zapytać, co o tym wszystkim ma myśleć przysłowiowy Kowalski? Najlepiej, żeby w ogóle nie myślał, bo i tak się pogubi, ale jakby nie posłuchał tej dobrej rady, to sprawy mają się następująco. Pierwsze postanowienie było niewłaściwe, ponieważ sędzia był niewłaściwy. Drugie postanowienie jest adekwatne, z uwagi na fakt, iż został wyznaczony adekwatny sędzia. Jak to się stało, iż w tej samej sprawie, wbrew obowiązującemu prawu, zapadły skrajnie odmienne orzeczenia? Na to pytanie lada moment odpowiedzą autorytety prawne i na tym dyskusja o „przywracaniu praworządności” definitywnie się kończy!
Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!
