Hanna Kordalska-Rosiek – „niezłomna propagatorka” etyki i standardów zawodowych wśród dziennikarzyMam jasno określony stosunek do osób mieniących się dziennikarzami telewizyjnymi, zwłaszcza tych związanych z telewizją publiczną, kontrolowaną przez kolejne partie rządzące. W absolutnej większości to dyspozycyjni propagandyści, świadomi tego komu i jak mają służyć. Ale niejaka Hanna Kordalska-Rosiek znana głównie z TVP Gdańsk to w tym gronie indywiduum szczególne, zasługujące na miano wyjątkowej mendy medialnej. Publicznie przedstawia się i jest przedstawiana jako „dziennikarka” od lat walcząca o zachowanie wysokich standardów etycznych swojej profesji. Gorzej wygląda realizacja tej misji przez nią samą.
OBROŃCZYNI DOBREGO IMIENIA PEDOFILA
H. Kordalską poznałem osobiście nie jako dziennikarz ale szeregowy mieszkaniec Gdańska. Gdy w połowie października 2015 roku spotkałem na ulicy Długiej przedstawicielkę TVP Gdańsk w towarzystwie kamerzysty, bezskutecznie usiłującą namówić przechodniów do udziału w jakiejś sondzie, uznałem za adekwatne wspomóc wyraźnie zawiedzioną kobietę. Podszedłem zatem i rozpoczął się między nami dialog następujący:
– Czy uważa się Pan za człowieka tolerancyjnego?
– Tak, ale do pewnych granic.
– Jakich?
– Nie potrafię wzbudzić w sobie jakiejkolwiek tolerancji wobec pedofilów.
– Och, to oczywiste i choćby prawem uregulowane.
– Niby tak, ale ścigany prawem Roman Polański jest u nas nie dość, iż tolerowany to jeszcze podejmowany na salonach.
Można by rzec – krótko, na temat i bez poruszania kwestii budzących jakiekolwiek wątpliwości co do samych faktów. Poniekąd byłem z siebie choćby dumny. Wszak zapewniłem dziennikarce publicznego medium kilkadziesiąt sekund cennego materiału i to w sytuacji, gdy inni tak skorzy do rozmowy przed kamerą nie byli. W dodatku – gęby raczej nie miałem wówczas szpetniejszej niż np. Jerzy Wunderlich z SLD, a i mowę cokolwiek płynniejszą od np. Adama Michnika z „Gazety Wyborczej”, choć to byli nie zwykli przechodnie ale prawdziwe gwiazdy telewizji.
Niestety, przez kolejne dni jakoś nie dane mi było trafić na swój epizod w programie red. Kordalskiej pt. „Przechodzień codzienny”. Przekonany o tym, iż go najzwyczajniej przeoczyłem, poprosiłem korespondencyjnie autorkę o wskazanie daty i miejsca emisji. Zareagowała, trzeba przyznać, gwałtownie bo jeszcze tego samego dnia. Dowiedziałem się, iż moja wypowiedź należała do tych, które „w czasie montażu wypadły bo się nie zmieściły”…
Zbyt starym jestem człowiekiem i zbyt doświadczonym reportażystą, aby dać wiarę takiemu argumentowi. Byłem przekonany, iż red. Kordalska swoim „montażowym cięciem” dołączyła do grona osób nie tylko tolerancyjnych wobec pedofilów ale – co gorsze – czujnie strzegących ich dobrego imienia. Wystarczy, iż są artystami takimi jak Polański.
Ja jednak takiej tolerancji nie podzielam, co jasno wyraziłem w ulicznej sondzie. Więcej, miałem już nie obywatelską ale dziennikarską ambicję doprowadzić rzecz do końca. Zwłaszcza, gdy dowiedziałem się, iż moja nietolerancja wobec pedofilów przegrała z wyemitowanymi wypowiedziami o nietolerancji wobec… zaśmieconych chodników i innych tego rodzaju „skandali”. Upubliczniłem zatem ów incydent na swojej stronie, czym wyraźnie rozwścieczyłem Kordalską. Zażądała natychmiastowego usunięcia tej publikacji pod rygorem skierowania sprawy na drogę sądową. Odpowiedziałem, iż niczego nie usunę.
GDY MŚCIWOŚĆ OŚLEPIA
Wezwania z sądu nie doczekałem ale zadra z powodu poniżenia w oczach czytelników okazała się dla telewizyjnej gwiazdy wyjątkowo dotkliwa. Tak dotkliwa, iż nieco ponad rok później bezwzględnie wykorzystała nadarzającą się okazję, aby odreagować za wizerunkową porażkę. Ochoczo oraz z iście bolszewickim zaangażowaniem włączyła się w kampanię PiS-owskiej hołoty, która przy wykorzystaniu podległej sobie TVP Gdańsk oraz kilkunastu innych dyspozycyjnych mediów postanowiła skompromitować mnie zupełnie i pozbyć się zbyt niezależnego, gdyż dysponującego własnym wydawnictwem, dziennikarza.
Za pretekst posłużył wpis w dokumentach Służby Bezpieczeństwa na mój temat. Był krótki i jednoznaczny w swojej treści: „Odmowa współpracy”. Nie odmowa dalszej współpracy czy kontynuowania współpracy ale odmowa bezdyskusyjna i bez jakichkolwiek dokumentów świadczących, iż było inaczej – raportów, donosów, pokwitowań odbioru pieniędzy itp. Słowem wszystkiego, czego nie udało się usunąć choćby z akt TW „Bolka” czyli Lecha Wałęsy w okresie jego wszechwładnej prezydentury. Dla PiS-owskich politruków nie miało to jednak żadnego znaczenia. Skoro jest wpis, to musiała być współpraca. I tej wersji trzymali się aż do pierwszych przegranych procesów.
Dla mnie bowiem obrona dobrego imienia dziennikarza, który nigdy nie dał się skusić bezpieczniackim „propozycjom nie do odrzucenia” było priorytetem. Metodycznie i – poza jednym przypadkiem – bez jakiejkolwiek pomocy ze strony prawników dopadałem kolejnych oszczerców. Oczywiście, największym sukcesem był wygrany proces z dyrektorką TVP Gdańsk Joanną Strzemieczną-Rozen i jej bezwolnego narzędzia w osobie Agaty Mielczarek. Tu bowiem był największy zasięg i stąd poszło hasło wyeliminowania Jezierskiego. Przeprosiny wyemitowane podczas głównego wydania „Panoramy” okazały się wyjątkowo bolesnym kopniakiem dla obydwu sprawczyń. Zwłaszcza, iż nie powiodła się próba błyskawicznego usunięcia planszy z zasobów archiwalnych bez możliwości jej zarejestrowania, czego dowód widać poniżej.

H. Kordalska-Rosiek miała wyjątkowo łatwą możliwość sprawdzenia rzetelności oskarżeń rozpowszechnianych przez PiS-owców wobec mojej osoby. Mieszka bowiem niespełna dwa kilometry od siedziby gdańskiego oddziału IPN. Do pokonania pieszo, samochodem, a choćby tramwajem. Po kilku minutach podróży, już na miejscu. mogłaby skorzystać z dziennikarskiego prawa wglądu do akt. Wybrała jednak wariant bardziej odpowiadający jej mściwym oczekiwaniom i dołączyła do chóru oszczerców rozszerzając swoje pomówienia także na media centralne w rodzaju internetowej wersji miesięcznika „Press”.
Niestety, spotkało ją to samo, co szefową i koleżankę z TVP Gdańsk. Nie pomogło wsparcie bezczelnego, uciekającego się do różnych krętactw adwokata i apelacja do sądu wyższej instancji. Wyrok Sądu Rejonowego Gdańsk-Północ II Wydział Karny, utrzymany w mocy wyrokiem Sądu Okręgowego w Gdańsku był jednoznaczny: winna. A w ramach konsekwencji karnych m.in. nawiązka w wysokości 3 tys. zł na moją rzecz oraz obowiązek opublikowania na stronie głównej www.MOTO.media.pl treści wyroku przez okres nie jednego jak proponowałem ale dwóch miesięcy.
OSZCZERSTW CIĄG DALSZY, CZYLI TROPICIELKA ANTYSEMITÓW W NATARCIU
Niestety, na realizację postanowień wyroku czyli przesłanie zlecenia warunkującego jego publikację czekałem blisko pół roku. Oskarżona i ukarana nie marnowała jednak tego czasu. Szukała „sprawiedliwości” na swój sposób rozsyłając kalumnie dotyczące autora publikacji wszędzie tam, gdzie mogła spodziewać się pozytywnego odzewu. Za koronny argument miał posłużyć przypisywany mi skrajny antysemityzm.
To interesujące oskarżenie. Co najmniej dwa razy dziennie odmawiam długą modlitwę do Św. Józefa, akurat Semity z najznakomitszego rodu Dawidowego. Ponadto konsekwentnie na tych łamach piętnuję żydochazarską dzicz z Izraela mordującą dziesiątki tysięcy palestyńskich kobiet i dzieci o jednoznacznie semickim rodowodzie. Tymczasem antysemityzm przypisuje mi menda medialna która nigdy – co sprawdzałem – nie zaprotestowała przeciwko rzezi Semitów w Gazie, zakwalifikowanej choćby przez ONZ jako jednoznaczne ludobójstwo. Nieco mniejszy ciężar gatunkowy faktycznej antysemitki Kordalskiej-Rosiek ma oskarżanie mnie o homofobię, zwłaszcza w kontekście zastosowanej przez nią obrony dobrego imienia słynnego pedofila z branży filmowej ale trzeba pamiętać, iż takie określenia jako antysemityzm, homofobia czy ksenofobia ciągle działają na wyobraźnię i decyzje wielu przygłupów, reprezentujących organy władzy w III RP.
Powyższe armaty wytoczone przez Kordalską-Rosiek nie przyniosły jej spodziewanego skutku. Nasłany przez nią dziennikarz zaprzyjaźnionego portalu „Press”, po zapoznaniu się z moimi argumentami najzwyczajniej odstąpił od publikacji w wersji oczekiwanej przez jej inspiratorkę. Zawód sprawiło również oszczerczyni pismo z Zespołu Prawa Karnego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich o „nie stwierdzeniu podstaw do wniesienia na korzyść p. Kordalskiej-Rosiek kasacji lub skargi nadzwyczajnej od prawomocnego wyroku Sądu Okręgowego w Gdańsku.”
Ba, choćby wyraźnie jej życzliwy Mirosław Golon, znany ze swoich proukraińskich, a raczej probanderowskich sympatii ówczesny dyrektor Oddziału Gdańskiego Instytutu Pamięci Narodowej z wyraźnie niekłamanym smutkiem poinformował „Szanowną Panią Hannę Kordalską-Rosiek”, iż decyzja Prezesa IPN z 11 maja 2019 roku stwierdzająca, iż nie byłem pracownikiem lub współpracownikiem organów bezpieczeństwa PRL w jakiejkolwiek formie i dająca mi dodatkowo prawo ubiegania się o status działacza opozycji demokratycznej lub osoby represjonowanej z powodów politycznych jest prawomocna.
Przy okazji: M. Golona pamiętam z konferencji prasowej, która odbyła się 13 grudnia 2017 roku. Dziennikarze zostali poinformowani wówczas o zmianie patronów kilku gdańskich ulic, dokonanej z inicjatywy Oddziału Gdańskiego IPN w ramach „dekomunizacji” III RP. Jej ofiarą padł m.in. inż. Stanisław Sołdek – wybitny stoczniowiec oraz kompetentny menedżer przemysłu okrętowego, w tym dyrektor naczelny Stoczni Wisła w Gdańsku. Ponieważ – podobnie jak ponad trzy miliony obywateli PRL-u – miał w swojej biografii przynależność do „komunistycznej” PZPR (gdzie jej pod tym względem do Unii Wolności) zastąpiony został niejakim Kazimierzem Szołochem – matołem choćby bez wykształcenia na poziomie szkoły zawodowej, choć taka w okresie PRL były nie dość, iż bezpłatna to jeszcze gwarantująca uczniom godziwe stypendia i pełną gwarancje zatrudnienia. Niewątpliwą zasługą Szołocha była natomiast działalność w „Solidarności”, która – jak to trafnie określił Bronisław Geremek vel Lewartow – powstała po to, aby żydochazarom takim jak on żyło się w Polsce lepiej niż Polakom, co zostało zrealizowane z iście stachanowską nadwyżką.
Zapytałem grzecznie prof. dr. hab. M. Golona, czy w związku z pośmiertnym ukaraniem wybitnego okrętowca nie przewiduje również usunięcia z tablic na jednym z gdańskich rond personaliów Jacka Kuronia, który w swoim komunizmie i to na najgorszą, sowiecką modłę zawędrował znacznie dalej. Usłyszałem odpowiedź następującą: „My HISTORYCY wiemy lepiej, kto był komunistą”. Jak mówi ludowe przysłowie: „Gadaj z dupą, to cię osra”…
TOMASZ KOPOCZYŃSKI: „PAPUGA” Z TURBOŁADOWANIEM
Odprawiana z kwitkiem przez sądy i instytucje tele-moralistka wreszcie wykonuje sądowe zlecenie na publikację wyroku, po jego zamieszczeniu płaci pierwszą z faktur, by nagle i zdecydowanie odstąpić od regulowania należności za faktury następne. Widocznie zadra z powodu przegranej okazała się silniejsza od przestrzegania obowiązującego prawa i zdrowego rozsądku, względnie tenże rozsądek przegrał z wiarą, iż z takim pełnomocnikiem, jak Tomasz Kopoczyński (na zdjęciu poniżej) szef jednej z gdyńskiej kancelarii da się załatwić wszystko.

Mam jednoznacznie krytyczny stosunek do „papug”, którym to określeniem posługują się klienci poszkodowani wskutek pozornej obrony za duże pieniądze, serwowanej przez znaczącą część adwokatów i radców prawnych. Wykonywanie tych profesji pozwala nie tylko na bezkarne i sowicie opłacane krętactwa „w imię dobra klienta” ale także często stymuluje czynny udział w grupach dokonujących najcięższych przestępstw, zagadkowych zgonów nie wyłączając (vide: mafia tzw. czyścicieli kamienic w Warszawie).
W powyższym kontekście krętactwa stosowane przez T. Kopoczyńskiego występującego w imieniu tele-moralistki H. Kordalskiej Rosiek wydają się niewinną igraszką. A nie powinny bowiem status osobnika przebranego w togę nie powinien dawać licencji ani na ignorowanie oczywistych faktów, ani na bezczelne nagrywanie się z obowiązującego prawa.
Szef kancelarii mającej na swoim sztandarze credo w sowieckiej, bezokolicznikowej manierze („ROZUMIEĆ PRAWO, ZROZUMIEĆ CZŁOWIEKA”) wystartował w swojej roli ostro, jakby z turbodoładowaniem. Odnosząc się do mojej odpowiedzi na pozew domagający się zwrotu pieniędzy na rzecz H. Kordalskiej-Rosiek za pierwszą z faktur złożył oświadczenie następującej treści: „Zaprzeczam wszelkim twierdzeniom i wnioskom pozwanego, których wyraźnie nie przyznam”.
W pierwszym odruchu uznałem, iż mam do czynienia z wyjątkowym debilem, w dodatku ostentacyjnie bezczelnym. Trudno inaczej ocenić uzurpowanie sobie prawa do decydowania, które z twierdzeń i wniosków druga strona może uznać lub im zaprzeczyć, choćby gdyby miały pokrycie w niezaprzeczalnych faktach. Byłem przekonany, iż każdy z sędziów/sędzi uczestniczących w procesie sprowadzi autora nowego prawa, godnego określenia zasadą „Lex Kopoczyński” na ziemię i to z hukiem.
Niestety, nie uwzględniłem mocy sprawczej T. Kopoczyńskiego. Chyba dobrze wiedział, czego i z jakich powodów może oczekiwać od osób zasiadających za stołem sędziowskim. Jego metoda była prymitywna wprawdzie ale skuteczna: odrzucać wszelkie ekspertyzy rzeczoznawców, które nie spełniają jego oczekiwań i żądać – dodajmy, żądać skutecznie – powoływania przez sąd rzeczoznawców, których wskaże on sam. Moim zadaniem było jedynie wykazywanie, iż faworyci pełnomocnika oszczerczyni z TVP Gdańsk nie mają podstawowych kompetencji, aby wyrażać opinie w zakresie przedmiotu sporu, czyli ustalenia czy koszty dwumiesięcznej publikacji wyroku na stronie głównej portalu były takie same lub zbliżone do cenników innych portali o porównywalnej popularności.
A nie były ale to był akurat argument świadczący zdecydowanie na moją korzyść. Do akt sprawy dołączyłem bowiem cennik publikacji tzw. tekstu zleconego na stronie głównej portalu „Puls Biznesu” o oglądalności choćby nieco niższej niż portal „MOTO.media.pl”. Publikacja o takim charakterze i w tym samym miejscu wyceniona została tam na 24.000 zł netto za tydzień emisji co oznaczało, iż emisja miesięczna kosztowałaby 130.731 zł brutto, a więc 17-krotnie (!) więcej niż określona moimi, ciągle nie uregulowanymi fakturami.
T. Kopoczyńskiego choćby ten fakt nie przekonał. Wprost przeciwnie. Konsekwentnie trzymał się „papuziego” bełkotu zaprezentowanego w liczącym 10 stron (!) pozwie, z którego konkretnie dało się jedynie wycisnąć jego żądanie nie tylko odrzucenia mojego prawa do opłacenia zaległych faktur ale wręcz zwrotu należności z faktury już opłaconej. Innymi słowy; to nie oszczerczyni ale jak miałbym zostać ukarany kwotą około dziesięciu tysięcy złotych, na którą składają się podatki PIT i VAT od trzech wystawionych faktur plus zwrot niemal całości kwoty, którą oskarżona raczyła zapłacić za pierwszą fakturę. Pytanie: za co taka kara? Ano za to, iż odważyłem się upomnieć o swoje dobra osobiste i nie pozwoliłem, aby jakaś menda medialna przypisywała mi czyny, których nigdy nie popełniłem.
Dwie kandydatury rzeczoznawców zaproponowanych przez autora „Lex Kopoczyński” odrzucone przez sąd na podstawie moich odwołań pozwalały mieć nadzieję, iż sprawa potoczy się w dobrym, zgodnym z niepodważalnymi argumentami, kierunku. W podobnym duchu odebrałem powołanie na rzeczoznawcę nie kolejnej osoby wskazanej przez pełnomocnika Kordalskiej-Rosiek ale przez SSR Dorotę Krygier. Jej wybór padł na Zbigniewa Zawodniaka, biegłego sądowego przy Sądzie Okręgowym w Gdańsku, biegłego sądowego przy Sądzie Okręgowym w Warszawie oraz biegłego skarbowego przy Izbie Administracji Skarbowej w Gdańsku.
Wprawdzie ww. biegły nie raczył uwzględnić 17-krotnie niższej ceny publikacji wyroku na stronie „MOTO.media.pl” niż na portalu o podobnej oglądalności ale jedna z kluczowych sentencji zawartej w opinii brzmiała: „Stawka rynkowa stosowana jako miara w rozliczeniu dowolnej transakcji rynkowej, może mieć charakter rynkowy tylko i wyłącznie w przypadku gdy rynkową jest sama transakcja.” Z oczywistych względów publikacji wyroku sądowego nie da się zakwalifikować jako transakcji rynkowej.
SĘDZIOWIE NA MIARĘ OCZEKIWAŃ PEŁNOMOCNIKA
Jak łatwo domyślić się, taka opinia wyraźnie nie trafiła w oczekiwania T. Kopoczyńskiego, który zarzucił jej „nieposiadanie wiadomości specjalnych”. Wysmażył kolejne pismo w którym zażądał dopuszczenia dowodu z opinii innego biegłego sądowego wskazując na biegłych z Sądu Okręgowego w Warszawie i jakby zapominając, iż dokładnie taki sam status ma biegły Zbigniew Zawodniak. Dodatkowo pełnomocnik H. Kordalskiej-Rosiek wystąpił o obniżenie wynagrodzenia ww. biegłego.
I tu zaczynają się dziwne przetasowania w składzie sędziowskim oraz towarzysząca im spolegliwość wobec T. Kopoczyńskiego. Najpierw SSR Marek Jankowski w towarzystwie SSR Katarzyny Walewskiej postanawia drastycznie, gdyż blisko czterokrotnie obniżyć wynagrodzenie biegłego Z. Zawodniaka, konkretnie – z 3.660,48 na 944,64 zł.
Następnie do gry wraca SSR Dorota Krygier, która dopuszcza opinię Piotra Sulewskiego, warszawskiego biegłego sądowego z zakresu – jak go zarekomendował T. Kopoczyński – „marketingu internetowego” w kwestii oszacowania wysokości stawki rynkowej, obowiązującej w czasie trwania umowy między powódką, a pozwanym. Pod koniec marca ubiegłego roku ww. sędzia postanawia o dopuszczeniu opinii P. Sulewskiego do dokumentacji procesowej, a 4 czerwca tego samego roku przyznaje mu wynagrodzenie w wysokości zgodnej z jego oczekiwaniami tj. 5.425,32 zł, wyższej o blisko dwa tysiące złotych od wynagrodzenia biegłego Z. Zawodniaka i to jeszcze przed czterokrotnym obniżeniem tegoż wynagrodzenia. Jak widać w Warszawie nie tylko psy szczekają centralniej, ponieważ i biegłym należą się specjalne, centralne stawki. I jeszcze taki drobiazg: w piśmie przewodnim do ww. postanowienia zostałem określony jako… Henryka Jezierska. Oto, co potrafi sprawić gorączkowość i pośpiech w jak najszybszym „zaklepaniu” sprawy po myśli wpływowego pełnomocnika drugiej strony.
Kluczowy problem jednak w tym, iż nie dano mi możliwości odniesienia się do tej opinii w terminie pozwalającym na jej odrzucenie i sprowadzenie wysokości gaży P. Sulewskiego od symbolicznej złotówki. Mogłem tego dokonać dopiero – uwaga! – 25 lipca ubiegłego roku, a więc blisko dwa miesiące po zaakceptowaniu wynagrodzenia dla warszawskiego biegłego.
Tymczasem tenże okazał się wyjątkowo bezczelnym oszustem. Z premedytacją, mimo dostępnej w aktach sprawy dokumentacji firmy Google, zaniżył średnią miesięczną liczbę wizyt na stronie www.MOTO.media.pl wynoszącą wówczas dokładnie 42.882 do – nie wiadomo skąd pobranej – „liczby ok. 11 tys. wizyt”, czyli niemal czterokrotnie niższej. Ten, iście złodziejski, przekręt pozwolił P. Sulewskiemu również czterokrotnie zaniżyć wycenę publikacji wyroku.
Jakby tego było mało, bezpodstawnie zarekomendowany przez T. Konopoczyńskiego „specjalista od marketingu internetowego” (takiej specjalności P. Sulewski nie podał choćby w swojej autoprezentacji) nie raczył uwzględnić uzależnienia wyceny publikacji od jej charakteru oraz miejsca emisji. Tymczasem prawomocne orzeczenie sądu wyraźnie nakazywało publikację odpisu wyroku na stronie głównej portalu MOTO.media.pl, co oznaczało m.in. codzienne dbanie przez redaktora lub grafika, aby rzeczony odpis był odpowiednio wyeksponowany i mieścił się w pierwszej trójce czołowych tekstów. Koszt tego rodzaju usługi wynosi dodatkowo od minimum 50 do choćby 200 procent stawki podstawowej. choćby gdyby przyjąć wariant najtańszy, to i tak publikacja wyroku powinna kosztować 17.550 zł netto, czyli znacznie więcej niż wartość wszystkich wystawionych przeze mnie faktur.
Trzecie „przeoczenie” biegłego dotyczy porównania ceny publikacji wyroku na portalu MOTO.media.pl z innymi portalami. P. Sulewski określa je jako „renomowane” nie podając choćby ich zasięgu, po czym stwierdza, iż publikacja wyroku byłaby u nich znacznie tańsza. W oparciu o takie, niczym nie potwierdzone, „dowody” można wysnuć każdą, choćby najbardziej absurdalną, tezę.
A co dalej w sprawie? Dalej poszło „jak z płatka”. Na nic zdało, się moje stanowisko z 30 października 2025 roku wobec pozwu tele-moralistki z TVP Gdańsk, domagającej się zapłacenia za to, iż śmiałem wypełnić prawomocny wyrok sądu, potwierdzający bezpodstawność jej oszczerstw wobec mojej osoby. Nie pomogły konkretne argumenty i dowody manipulacji dokonywanych przez jej pełnomocnika uznającego tylko to, co mu się będzie podobało.
21 kwietnia br. SSR D. Krygier wydała postanowienie, uwaga – nie podlegające uzasadnieniu i bez możliwości zaskarżenia – o pominięciu mojego wniosku o dopuszczenie dowodu z opinii biegłego sądowego reprezentującego wyższy poziom intelektualny i etyczny niż ten, jaki zademonstrował P. Sulewski z Warszawy.
Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak czekanie na dalsze działania T. Kopoczyńskiego w skutecznym perswadowaniu sędziom, iż to nie jego klientka ale ja powinienem zostać przykładnie ukarany za negowanie przestrzegania przez tele-moralistką H. Kordalską-Rosiek zasad etycznych i standardów zawodowych. Jedyna korzyść dla mnie to możliwość upublicznienia sugerującej wprawdzie debilizm i bezczelność jej autora ale skutecznej zasady „Lex Kopoczyński”. Brzmi ona – co przypominam – następująco:
„Zaprzeczam wszelkim twierdzeniom i wnioskom pozwanego, których wyraźnie nie przyznam”.
Wobec SSR Doroty Krygier pozwolę sobie skorzystać z zasady „Lex Biernacka”, dokładnie opisanej w publikacji pod wymownym tytułem „LEX BIERNACKA, CZYLI JAK BEZKARNOŚĆ PRZERADZA SIE W BEZCZELNOŚĆ”. Jej adaptacja na potrzeby tego materiału mogłaby wyglądać tak:
„Wprawdzie nie sposób wykazać, iż sędzia Dorota Krygier jest osobą cierpiącą na wtórny analfabetyzm lub/oraz zadaniowaną przez nieznanego zleceniodawcę ale ona sama nie udowodniła, iż jest inaczej”.
Henryk Jezierski
Zdjęcia: domena publiczna
(15.09.2026)

















