Ostatni atak nożownika w polskiej szkole wywołał niepokój społeczny. Rząd Donalda Tuska postanowił wykorzystać atmosferę strachu do przyspieszenia prac nad przepisami pozwalającymi na blokowanie treści w Internecie. Czy pod hasłem walki z przemocą powstaje narzędzie, które w przyszłości może zostać wykorzystane do ograniczania wolności słowa i zaprowadzenia dyktatury?
Atak w szkole stał się doskonałym paliwem dla ekipy Tuska. Sejm błyskawicznie przegłosował nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz niektórych innych ustaw. Projekt przygotowało Ministerstwo Cyfryzacji, a jego głównym założeniem jest wprowadzenie procedury umożliwiającej szybkie wydawanie nakazów ograniczających dostęp do nielegalnych treści w internecie. Za przyjęciem ustawy opowiedziało się 242 posłów, 61 było przeciw, a 136 wstrzymało się od głosu. Dokument jest praktycznie kopią już raz zawetowanej przez prezydenta ustawy.
Rząd przedstawia nowe przepisy jako odpowiedź na „falę przemocy i niebezpiecznych zachowań”, które „wstrząsnęły Polską”. W obliczu tragicznych wydarzeń argument o konieczności ochrony dzieci brzmi przekonująco. Nikt rozsądny nie kwestionuje potrzeby przeciwdziałania przemocy ani ścigania osób, które wykorzystują Internet do popełniania przestępstw. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy pod hasłem bezpieczeństwa wprowadza się rozwiązania mogące ingerować w fundamentalne wolności obywatelskie.
Niepokój budzi przede wszystkim pytanie o granice nowych uprawnień. Kto będzie decydował o tym, jakie treści należy zablokować? Jak gwałtownie taka decyzja będzie podejmowana? Jakie możliwości obrony otrzyma osoba, której publikacja zostanie uznana za nielegalną? I czy procedury odwoławcze będą wystarczająco skuteczne, aby zapobiegać nadużyciom?
To nie są abstrakcyjne wątpliwości. W Internecie publikowane są nie tylko materiały rozrywkowe, ale także komentarze polityczne, artykuły dziennikarskie, analizy i opinie krytyczne wobec władzy. Każdy mechanizm pozwalający państwu gwałtownie ograniczać dostęp do publikowanych treści powinien zatem podlegać szczególnie rygorystycznej kontroli.
Czym innym jest usuwanie materiałów jednoznacznie nielegalnych, a czym innym stworzenie systemu, który może stać się narzędziem nadmiernej ingerencji w debatę publiczną. Te dwie kwestie nie mogą być ze sobą utożsamiane.
Lewica broni ustawy twierdząc, iż nowe procedury mają służyć wyłącznie egzekwowaniu obowiązującego prawa. To jednak nie zwalnia ustawodawcy z obowiązku zagwarantowania przejrzystości decyzji, niezależnej kontroli oraz skutecznej ochrony przed błędnym lub arbitralnym blokowaniem treści. Dobre intencje deklarowane przez aktualnie rządzących nie stanowią wystarczającej gwarancji, iż podobne uprawnienia nie zostaną w przyszłości wykorzystane w sposób sprzeczny z interesem obywateli.
Trudno nie zauważyć politycznego kontekstu całej sprawy. Po dramatycznym wydarzeniu w szkole pod Wyszkowem rząd natychmiast sięgnął po argument, iż konieczne są nowe narzędzia do kontrolowania treści publikowanych w sieci, choć nie wiadomo, czy atak w ogóle miał coś wspólnego z publikowanymi tam treściami i jakimi dokładnie treściami. mimo to wicepremier Krzysztof Gawkowski przekonywał, iż Internet nie może być miejscem inspirowania do tragedii i promowania przemocy.
Takie deklaracje trudno kwestionować na poziomie ogólnych zasad. Pytanie brzmi jednak, czy rzeczywiście potrzebujemy kolejnych uprawnień administracyjnych, czy raczej skutecznego egzekwowania istniejącego prawa, sprawnej pracy organów ścigania i rzeczywistego przeciwdziałania przyczynom przemocy.
Największe niebezpieczeństwo polega na tym, iż każda kolejna tragedia może stać się uzasadnieniem dla rozszerzania kompetencji państwa. Najpierw pojawia się dramatyczne wydarzenie, następnie politycy deklarują konieczność natychmiastowego działania, a na końcu obywatele słyszą, iż sprzeciw wobec nowych ograniczeń oznacza lekceważenie bezpieczeństwa dzieci.
To mechanizm, wobec którego należy zachować szczególną ostrożność. W dyzmokracji zbyt często jednostkowe wydarzenie służy do uzasadnienia odbierania ludziom wolności. Jeszcze raz warto podjreślić, iż nie ma na razie żadnym podstaw, by twierdzić, iż sprawca szkolnego ataku działał z powodu braku takich przepisów albo iż blokowanie treści internetowych samo w sobie zapobiegnie podobnym tragediom. Związek między przemocą a Internetem wymaga rzetelnego zbadania, a nie wyłącznie politycznych deklaracji i prześcigania się we wprowadzaniu sekurytyzmu.
Państwo ma obowiązek chronić obywateli, w tym dzieci i młodzież, przed przemocą. Nie oznacza to jednak, iż każda ustawa przedstawiana jako odpowiedź na zagrożenie powinna być przyjmowana bez wnikliwej analizy. Właśnie w sytuacjach kryzysowych szczególnie łatwo wykorzystać społeczne emocje do przeforsowania rozwiązań, które w normalnych okolicznościach spotkałyby się z dużo większym oporem.
Dlatego miejmy nadzieję, iż Karol Nawrocki nie podda się presji i ponownie zawetuje ustawę, jeżeli analiza jej ostatecznego kształtu potwierdzi, iż stwarza ona realne ryzyko nadmiernego ograniczania wolności słowa.
NASZ KOMENTARZ: Gdyby ekipa Tuska tak samo energicznie działała po ukraińskim zamachu terrorystycznym w Jarosławiu, podjętą wówczas decyzją powinnao być deportowanie z Polski wszystkich Ukriańców. Tymczasem wówczas pojawiły się od polityków głosy, iż to tylko jednostkowy przypadek i nie ma sensu wyciąać z tego powodu daleko idących wniosków. Warto przemyśleć te deklaracje i porównać z reakcją po ataku nożownika w szkole – tutaj z jakiegoś powodu od razu trzeba działać systemowo.
Polecamy również: Sergiusz Muszyński zaprasza do wsparcia i udziału w II konferencji żydoznawczej


















