„Socjalizmu będziemy bronić jak niepodległości”
Gen. Wojciech Jaruzelski, 1981 r.
„Marzenie o systemie ekonomicznym lepszym od kapitalizmu rozwiało się w pył. Nie ma żadnej trzeciej drogi, żadnego modelu pośredniego między stalinizmem a kapitalizmem, który by funkcjonował. Jedyne powody skłaniające do powstrzymania się od powrotu do kapitalizmu są natury pragmatycznej i politycznej”
Leszek Balcerowicz, 1987 r.
„W KC jest teraz nowa, młoda klasa przywódcza technokratów – liberałów. To oni są najbardziej zapalonymi zwolennikami kapitalizmu w Polsce. Są sojusznikami, a nie jakąś przeszkodą czy zagrożeniem”
Jacek Kuroń 1989 r.
PRL w dekadę lat 1980 wkroczyła z zadłużeniem w krajach kapitalistycznych w wysokości 24,1 mld dol. W 1980 r. spłata oprocentowania pochłonęła 2,4 mld dolarów, a w przeliczeniu na złote 178,5 mld zł. Profesor Jacek Tittenbrun w książce „Upadek socjalizmu realnego w Polsce” z której pochodzą cytaty w tym artykule tak komentował znaczenie tych wielkości: „Dochód narodowy wytworzony w całej gospodarce wyniósł w 1980 r. 1936 mld zł, a w gospodarce uspołecznionej 1 595 mld zł. Gratisowe, czysto własnościowe korzyści przyswajane przez zagranicznych kapitalistów pożyczkowych stanowiły zatem 9,2% pierwszej i 11,2% drugiej sumy”.
W sytuacji zaciskającej się pętli długów zachodni bankierzy i zachodnie rządy mogły domagać się tolerowania opozycji w rodzaju KOR, co Franciszek Szlachcic charakteryzował następująco: „Zależności ekonomiczne przekształciły się w zależności polityczne. Były obawy, iż bardziej drastyczne działania, a bardziej drastycznymi działaniami były sądy, mogły spowodować odcięcie kraników z dopływem kredytów.” Jednak o czym się mniej mówi, zachodnie rządy i bankierzy mogli wtedy wpływać na całokształt polityki gospodarczej. Naciski na spotkaniu z bankierami w kwietniu 1980 r. zmusiły rząd do podwyżek cen mięsa i wędlin oraz przeniesienia lepszych gatunków do tzw. sklepów komercyjnych, co było jedną z bezpośrednich przyczyn robotniczych strajków najpierw w lipcu, a potem w sierpniu 1980 r.
Zorientowanie gospodarki na spłatę zadłużenia w powiązaniu z jej centralistycznym charakterem stwarzało szereg nierozwiązywalnych problemów. Bankierzy domagali się zwiększenia eksportu, a to w praktyce pogłębiało braki na rynku wewnętrznym i protesty społeczne. Innym skutkiem nierównowagi zewnętrznej było ograniczenie importu: „Począwszy od marca 1981 r. import na cele wewnętrzne został z powodu niedoboru dewiz, niemal całkowicie wstrzymany, co doprowadziło do przestojów w produkcji wynikających z braków zaopatrzeniowych, zaprzestania produkcji wielu artykułów, znacznego spadku stopnia wykorzystania mocy wytwórczych i pogłębiającego się rozprzężenia więzi kooperacyjnych. (…) W latach 1980 – 1981 przestoje wynikające z braku importowanych komponentów objęły 40% potencjału przemysłowego kraju.” Zaznaczało się także zacofanie technologiczne i tak: „W 1976 r. np. sprzedaż węgla, innych surowców oraz żywności przyniosła 71% przychodów dewizowych do państw wysoko rozwiniętych. (…) W 1977 r. wyroby produkowane na podstawie licencji zakupionych w poprzednim 6-leciu stanowiły zaledwie 4,5% naszego eksportu. W 1980 r. udział produkcji opartej na licencjach (czynnych i wygasłych) stanowił 7% ogólnej wartości produkcji przemysłowej.” Objawem degradacji Polski do pozycji kraju trzeciego świata była sytuacja w przemyśle odzieżowym, gdzie jak zauważa Prof. Tittenbrun zdarzało się, iż dostarczano surowiec, a tania polska siła robocza anonimowo wytwarzała towary sprzedawane potem na światowych rynkach pod cudzym znakiem firmowym. Błędem okazało się także skierowanie dużej części środków na rozwój przemysłu ciężkiego, gdzie długi okres budowy i zwrotu nakładów zmuszał do zaciągania nowych kredytów zanim pojawiły się wpływy z eksportu.
W takiej sytuacji wprowadzenie stanu wojennego miało nie tylko wymiar geopolityczny i być może pozwoliło uniknąć interwencji podobnej do tej jakie miały miejsce na Węgrzech w 1956 r. i w Czechosłowacji w 1968 r. lub zapobiegło anarchii i wojnie domowej, ale z perspektywy prezentowanej przez Jacka Tittenbruna było działaniem lokalnych elit na rzecz spłaty zadłużenia kosztem poziomu życia społeczeństwa. Był to więc klasyczny układ postkolonialny, tyle tylko, iż z dodatkiem socjalistycznych dogmatów gospodarczych, od których nie można było odejść z obawy przed interwencją Moskwy i oporem aparatu władzy, dla którego byłoby to równoznaczne z zawaleniem się ideowej podstawy całego systemu, który tę władzę legitymizował. Wraz z objęciem prezydentury przez Ronalda Reagana czynnik polityczny zaczął przeważać i na dłużnika mającego problemy ze spłatą długów nałożono sankcje jako odpowiedź na wprowadzenie stanu wojennego. Ich skutki strona polska szacowała na 15 mld dolarów. Jednocześnie wzrosło oprocentowanie nowych kredytów.
Jak konkluduje Tittenbrun: „Wygląda więc na to, iż zachodni wierzyciele działali wbrew własnym interesom. W rzeczywistości jednak było inaczej; odroczenie, ale przecież nie anulowanie, spłaty długów powiększało jedynie zgodnie z prawem procentu składanego, sumę odsetek do spłacenia. Trzeba tu przypomnieć, iż o ile po zerwaniu – w następstwie wprowadzenia stanu wojennego – negocjacji z Klubem Paryskim, zrzeszającym 15 państw wierzycielskich w sprawie odroczenia należności za 1982 r. i udzielenia Polsce nowych kredytów Polska zawiesiła spłaty wierzytelności rządowych i gwarantowanych przez rządy zachodnie, to banki prywatne nie przerwały analogicznych rozmów w wyniku których w latach 1982 – 1984 uzgodniono odroczenie spłaty 92% całego zadłużenia na ich rzecz, przewidując jednak zarazem bieżącą zapłatę procentów od odroczonych sum”.
Pod osłoną stanu wojennego rząd wprowadził drakońskie podwyżki cen podstawowych artykułów o ponad 200%, co oznaczało spadek realnych dochodów ludności o ponad 25%. Jednak nie rozwiązało to żadnego z problemów, gdyż pozbawiona nowych kredytów gospodarka nie mogła zaspokoić podaży, inflacja wynosiła kilkanaście procent, by pod koniec dekady dojść do 64%. Jednocześnie w wielu ważnych dziedzinach życia postępowała dwuwalutowość. Ceny mieszkań na wolnym rynku mierzone były w tysiącach dolarów i były z jednej strony nieosiągalne dla zarabiających w kraju kilkadziesiąt dolarów i nieadekwatnie tanie dla tych, którzy pracowali kilka miesięcy na Zachodzie.
Pierestrojka na horyzoncie
W sytuacji chaosu i faktycznego bankructwa PRL doszło do zasadniczych zmian geopolitycznych. Najważniejszą było dojście do władzy Michaiła Gorbaczowa, który z jednej strony zadeklarował konieczność reform systemu wewnątrz ZSRR, z drugiej odejście od doktryny Breżniewa i danie wolnej ręki w rozwiązywaniu swoich problemów poszczególnym państwom bloku. Zanim Generał Jaruzelski odwiedził Davida Rockefellera we wrześniu 1985 r., najpierw spotkał się w Moskwie z Gorbaczowem, gdzie najwyraźniej uzyskał zgodę na śmielsze posunięcia.
Co warto podkreślić w nowojorskim spotkaniu uczestniczyli także Zbigniew Brzeziński i podsekretarz stanu Lawrence Eagleburger, co nadawało rozmowom szerszy, polityczny charakter. O tym, iż doszło do przełomu świadczy uzyskana w następnym roku zgoda na członkostwo w Międzynarodowym Funduszu Walutowym (MFW) o co PRL starała się już od 1980 r. Prof. Tittenbrun skomentował to następująco: „zostanie członkiem koronnej instytucji międzynarodowego kapitału finansowego. (…) Członkiem to zresztą niezupełnie adekwatne określenie, bardziej na miejscu, zważywszy sytuację ekonomiczno – własnościową Polski, byłby termin: „poddanym” tego, (…) swego rodzaju mafijnego rządu światowego, kierowanego przez pieniądz” . W kolejnym roku doszło do zniesienia zachodnich sankcji.
W uścisku zadłużenia
W 1986 r. rozpoczął działalność tak zwany pierwszy Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego ściągając na spłatę zadłużenia bezpośrednio od przedsiębiorstw ogromne sumy liczone jako procent od wartości środków trwałych. Był to kolejny element wzmagający chaos, ale także wpisujący się w tendencję uprzywilejowania sektora prywatnego, który takiej daniny nie płacił. Podobną rolę pełnił tak zwany Państwowy Fundusz Aktywizacji Zatrudnienia (PFAZ) mający zapobiegać wzrostowi płac. Jednak jak wskazuje Tittenbrun presja załóg sprawiła, że: „w 1985 r. wyłączone spod ogólnych zasad obciążeń na PFAZ było 7 mln pracowników w porównaniu z 2,7 mln w roku poprzednim”.
W następnym roku wprowadzono więc kolejny biurokratyczny instrument; Podatek od Ponadnormatywnych Wynagrodzeń (PPW) zwany popiwkiem. W kolejnych latach wprowadzono jego coraz surowsze warianty, ale spirali cen i płac nie dawało się opanować. Katastrofa gospodarcza, presja wierzycieli oraz brak presji ideologiczno – politycznej, a raczej zachęta do dokonywania coraz śmielszych i samodzielnych reform płynące z Moskwy doprowadziły rządzącą nową klasę do wniosku, iż nadszedł czas podzielenia się władzą i odpowiedzialnością. Tak zwane zaciskanie pasa narzucone przez MFW i bankierów miały być teraz wprowadzone pod osłoną Solidarności, która jeszcze w 1988 r. w czasie fali strajków domagała się czegoś przeciwnego. Ceną za zmianę stanowiska i poparcie drakońskich reform miał być udział we władzy, jednak jej realne fundamenty adekwatne do nowego ustroju budowały się już gdzie indziej niż myśleli liderzy opozycji, a przede wszystkim ogół polskiego społeczeństwa.
Równolegle do zmian geopolitycznych i makroekonomicznych trwały bowiem inne procesy, które sprawiły, iż spora część nomenklatury i klasy rządzącej zaczęła dostrzegać swój interes w zmianie systemu na taki, w którym miała zająć miejsce właścicieli kapitału i środków produkcji, a to oznaczało coś o wiele bardziej kuszącego niż willa, dacza, samochód i sekretarka, jak miało to miejsce w epoce Gierka.
Do nomenklatury oficjalnie należało około 30 tysięcy kluczowych dla państwa i gospodarki posad, jednak rekomendacji partyjnej wymagało prawie 10 razy więcej. W lutym 1989 r. rząd Rakowskiego uchwalił ustawę na podstawie której możliwe stało się prowadzenie działalności gospodarczej opartej o majątek państwowy. Pół roku potem działało już około 3 tysiące spółek, w tym w 75% z 1700 największych przedsiębiorstw sektora uspołecznionego. Na 51 skontrolowanych przez NIK zaledwie jedna okazała się prowadzić działalność społecznie użyteczną. Udziałowcami ich byli z reguły członkowie dyrekcji, sekretarze organizacji partyjnych, członkowie administracji i ich rodzin. Przejmowały one te fragmenty działalności i majątku macierzystego zakładu, które dawały największy dochód. Ich rola polegała często na uplasowaniu się w pozycji dodatkowego pośrednika. Jako typowy przykład Jacek Tittenbrun podaje szczecińską spółkę „Aprus”, „w skład której weszło 5 prezesów spółdzielni i 8 dyrektorów przedsiębiorstw państwowych. Spółka zajęła się pakowaniem mąki ziemniaczanej. Mąkę tę brano z zakładu, którego dyrektor był członkiem spółki i przekazywano miejscowej hurtowni PHS zlecając przesypywanie jej do 1 – kilogramowych paczek. Na każdej paczce spółka zarabiała 900 zł.”
Oprócz pośrednictwa dochodziło do przejmowania za bezcen majątku i to w wielkich zakładach. „Powstała na bazie kopalni w Bełchatowie spółka „Arkady”, wśród udziałowców której znaleźli się m.in. żona i syn dyrektora d/s inwestycji KWB Bełchatów oraz główny specjalista d/s odkrywki „Szczerców” odkupiła od macierzystego przedsiębiorstwa środki produkcji po cenach, jakie obowiązywały przy zakupie tj. sprzed kilku lat (…) W sumie spółka zapłaciła kopalni 21 mln zł za przejęte środki produkcji, których cena przetargowa wyniosłaby setki milionów”. Spółki otrzymywały też od macierzystych zakładów pożyczki za które przejmowały najbardziej atrakcyjne maszyny, punkty sprzedaży. Dochodziło także do masowego używania sprzętu i maszyn należących do państwowych zakładów do pracy na rzecz spółek. Na początku 1990 r. jak wynika z danych organów kontroli dyrektorsko – prezesowskie fotele w spółkach zajmowało 705 szefów przedsiębiorstw państwowych, 304 kierowników i głównych księgowych, 500 prezesów spółdzielni, 80 działaczy i funkcjonariuszy partii i organizacji politycznych, 57 prezydentów i naczelników miast, 9 wojewodów lub ich zastępców”.
Metamorfoza nomenklatury
Dobrym przykładem przekształcania się działaczy politycznych w kapitalistów i dokonywania przez nich akumulacji kapitału pierwotnego była np. spółka „Agrotechnika”, której głównych udziałowcem był Zarząd Krajowy Związku Młodzieży Wiejskiej (ZMW). „W 1986 r. spółka osiągnęła zysk 688 mln zł, a suma wypłaconych wynagrodzeń wyniosła 644,3 mln zł. Ich głównymi beneficjentami było 123 prezesów, dyrektorów, pełnomocników, wśród których znajdowali się działacze Zarządu krajowego ZMW, byli dyrektorzy i główni księgowi, właściciele prywatnych zakładów rzemieślniczych, były pracownik wydziału ekonomicznego KC PZPR, były doradca NIK-u, były pracownik Komisji Planowania RM itd.” Mnożyły się też spółki zakładane przez urzędników administracji państwowej, zajmujące się działalnością należącą do formalnych obowiązków tejże administracji. Inną formą akumulacji pierwotnej dla funkcjonariuszy milicji i administracji skarbowej było wymuszanie na rzemieślnikach haraczy i daniny w naturze w zamian za uszczuplanie lub umarzanie należności na rzecz skarbu państwa. Niektóre z tych przestępstw były choćby wykrywane i sprawy kierowano do sądów, ale Jacek Tittenbrun zwraca w tym kontekście uwagę na „klasowo – stanowe poczucie sprawiedliwości demonstrowane przez sądy. Tak jak zupełnie inaczej potraktowano – po wprowadzeniu stanu wojennego działaczy robotniczych, a inaczej przywódców i intelektualistów „Solidarności” (nie wspominając już o byłych prominentach).”
Tak samo pobłażliwie traktowano przyłapanych na rabunku społecznego mienia dyrektorów, prezesów i sekretarzy. Przejmowano na własność także sklepy i atrakcyjne działki, które dzięki zmianom w planach zagospodarowania przestrzennego z dnia na dzień z terenów zielonych przekształcały sie w budowlane. Osobną ścieżką uwłaszczenia były tzw. firmy polonijne. Opisane wyżej procesy przygotowały grunt pod zgodę aparatu władzy na zmianę systemu ekonomicznego i politycznego. Tymczasem jednym z głównych postulatów strajkowych w latach 1988-1989 oprócz wyrównania strat powodowanych coraz wyższą inflacją była likwidacja działań spółek nomenklaturowych. I tak np. „W Gdańskiej Stoczni Remontowej komisja zakładowa „Solidarności” zażądała całkowitej rezygnacji z zatrudnienia w niej spółek i spółdzielni. (…) W Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. Marchlewskiego w Łodzi żądano rezygnacji z „wykonywania usług na terenie zakładu przez prywatnych przedsiębiorców. (…) Żądanie górników strajkujących w 1989 r. w kopalni „Morcinek”, 300 tysięcznych podwyżek wzięło się stąd, iż niektóre ściany wydobywcze zostały oddane w ajencję. Ajencyjne ściany wyróżniały się najlepszymi warunkami geologicznymi pozwalającymi osiągnąć miesięczne zarobki choćby pół miliona złotych, podczas gdy pozostali górnicy zarabiali do 150 tyś. zł”. Podobne postulaty pojawiały się w wielu innych strajkujących zakładach. Z drugiej strony nowa – do niedawna czerwona – burżuazja w błyskawicznym tempie nabierała swoiście pojętych wielkopańskich manier i przyjmowała adekwatną retorykę.
Tu charakterystyczna jest wypowiedź dyrektora naczelnego zakładów „Sikorskiego” na temat owego czysto robotniczego strajku: „Ubolewał on nad istnieniem podziału i „nasilającego się antagonizmu” wśród załogi „na robotników i nierobotników”, nad tym – iż wśród tych pierwszych „nie ma poczucia, iż dla dobra zakładu pracują nie tylko ludzie przy maszynach.” Karierę zaczynał robić przymiotnik: „roszczeniowy”. Załogi w całej Polsce protestowały także przeciw narastającym różnicom w wynagrodzeniach pomiędzy kadrą zarządzającą a robotnikami, pojawiła się także klasa podoficerów produkcji, którzy „nie robią nic, tylko szpiegują, donoszą i biorą za to forsę, bo dla nich są pieniądze, premie, nagrody z różnych okazji. Robotników traktują z góry, po pańsku”. Władze radziły sobie z protestami stosując politykę dziel i rządź z umiarkowanymi sukcesami, bo np. „robotnicy Huty im. Lenina zażądali podwyżek płac nie tylko dla siebie, ale i dla dwóch najbardziej upośledzonych płacowo stanów społecznych: pracowników służby zdrowia i nauczycieli.” Zupełnie inne nastroje panowały w tym czasie wśród opozycyjnych elit tworzonych w wyniku selekcji dokonanej przez ministra Czesława Kiszczaka. Adam Michnik w czerwcu 1989 r. na łamach GW pisał: „Jeśli ludzie z nomenklatury wejdą do spółek akcyjnych, jeżeli staną się jednymi z właścicieli, wówczas będą zainteresowani, by tych akcyjnych stowarzyszeń bronić, a system akcyjny niszczy porządek stalinowski”.
Tomasz Kozłowski, badacz tych procesów, podsumowywał: „Wielu liderów obozu solidarnościowego było przekonanych, iż gwałtowna ingerencja zaszkodzi gospodarce. Paradoksalnie, przyjmowali oni tę samą perspektywę, którą w poprzednim – komunistycznym – rządzie prezentowali technokraci, będący zwolennikami rozwiązań rynkowych. Byli oni przekonani, iż w procesie dynamicznej – do pewnego stopnia niekontrolowanej – transformacji gospodarki pojawianie się patologii jest nieuniknione.” Z kolei premier Mieczysław Rakowski obraził się na polskich robotników, których jego władza wyzwoliła od „pasania krów” i „W rozmowie z delegacją polityków amerykańskich narzekał na niewdzięczność społeczeństwa polskiego: „Ludzie, którzy dotychczas krytykowali rząd za nieumiejętne gospodarowanie i apelowali o przejście na mechanizm rynkowy, w tej chwili głośno protestują przeciwko wyprzedawaniu własności państwowej, tolerowaniu bogacenia się nielicznych. Stąd m.in. opozycja przeciwko szybkiej prywatyzacji, które z czasem winna objąć około połowę przedsiębiorstw państwowych””. Jeszcze bardziej kuriozalnie brzmią przytoczone przez tego samego badacza opinie kwestionujące potrzebę zastosowania środków prawnych wobec nieuczciwych udziałowców: „Minister przemysłu Tadeusz Syryjczyk przyznał, iż takie zjawisko występuje, ale tłumaczył, iż sytuację musi wyklarować niewidzialna ręka rynku: „Nie możemy zakazywać, ingerować, koncesjonować””.
Czy można było uratować realny socjalizm?
Próbując odpowiedzieć na to pytanie J. Tittenbrun słusznie zauważył: „Gdyby jednak na jakiejś magicznej zasadzie długi zniknęły z dnia na dzień, przyniosłoby to jedynie chwilową ulgę i po krótkim czasie wszystkie strukturalne problemy ekonomiczne odezwałyby się na nowo (nie zniosłaby ich także likwidacja brzemienia wysiłku zbrojeniowego). Zależność finansowa była tylko jednym z aspektów szerszej, systemowej zależności i wtórności „socjalizmu realnego”. Potwierdzają to także procesy w innych krajach dawnego bloku wschodniego. W pętlę zadłużenia i zależność od MFW wpadły w latach 1980 także Węgry i Jugosławia, a inne kraje z Rosją na czele nie obroniły się przed patologicznymi stronami transformacji. Czy Polska mogła wbrew cytowanemu na wstępie partyjnemu adiunktowi próbować trzeciej drogi, gospodarki trójsektorowej jaką postulowały np. niemal wszystkie siły polityczne w czasie II wojny światowej? Być może tak, ale właśnie wtedy ujawnił się brak intelektualnych i państwowotwórczych elit, które łączyłyby szerokie horyzonty, wysokie morale z wolą i umiejętnością politycznego działania w polskim interesie narodowym.
W odróżnieniu od roku 1918, choćby nie próbowaliśmy wykorzystać w 1989 r. historycznego momentu, ale z rozbrajającą naiwnością zrezygnowaliśmy z samodzielności zdając się na dobrą wolę nowego hegemona oraz wygodną teorię końca historii. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki powróciły też wszystkie nasze narodowe przywary oraz geopolityczne przesądy, te same, które w przeszłości prowadziły do narodowych klęsk. Przejęli je ludzie z tzw. społecznego awansu, wykształceni na PRL-owskich uczelniach, co było jeszcze jednym chichotem historii, jakim pożegnała ona dziejowy eksperyment o nazwie PRL.
Olaf Swolkień
Myśl Polska, nr 9-10 (2-9.03.2025)