Zapowiedź opracowania poradnika dla obywateli Ukrainy przebywających w Polsce brzmi niewinnie: ma uczyć, jak reagować na „nienawiść” i rzekome akty agresji. Problem w tym, iż w praktyce to nie wygląda jak kampania bezpieczeństwa, ale jak instrukcja dla szmalcowników. Powstaje przy udziale prawników, ekspertów, a choćby polskiego (?) wymiaru sprawiedliwości i policji. Innymi słowy: obce państwo i jego obywatele, współtworzą narzędzie dla swoich obywateli, służące do niszczenia tubylców. To sytuacja zarówno groteskowa, jak groźna.
Ukraińcy i żurkowcy tworzą poradnik donoszenia na Polaków. Ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar powiedział, iż kluczowym wyzwaniem dla Polski jest w tej chwili skala obecności Ukraińców w naszym kraju. Chodzi o ponad 2 miliony osób i „presję wewnętrzną” wywieraną na polskie społeczeństwo. Ma rację: masowa migracja w krótkim czasie nie jest normalną i neutralną sytuacją. Przeciąża usługi publiczne, destabilizuje rynek mieszkaniowy i pracy oraz generuje koszty, które ponoszą podatnicy.
Problem polega na czymś innym. Oto zamiast ograniczenia imigracji, a choćby zachęcaniu części przesiedleńców do powrotu do ojczyzny, ambasador proponuje coś innego. Chce, by wszelka krytyka tej sytuacji była zabroniona i ścigana karnie. Rosnąca niechęć Polaków do Ukraińców ma być według niego skutkiem przesuwania się sceny politycznej w prawo i „retoryki antyimigracyjnej”. To klasyczne odwracanie znaczeń.
Sprzeciw wobec przeciążenia systemu ochrony zdrowia, edukacji czy świadczeń socjalnych nie jest żadną „nienawiścią”. To elementarna reakcja na realne konsekwencje decyzji politycznych. jeżeli Polacy pytają, kto finansuje leczenie, edukację i transfery dla cudzoziemców, nie jest to agresja — tylko normalna debata o tym, jak działa państwo. Tymczasem zamiast rozmowy o granicach solidarności, ambasador buduje narrację, w której to obywatele polscy mają być zagrożeniem, a przybysze grupą wymagającą szczególnej ochrony i instruktażu. Zaproponował napisanie specjalnego poradnika dla ukraińskich donosicieli i szmalcowników.
Najbardziej niepokojące jest to, iż poradnik powstaje we współpracy z polskim wymiarem sprawiedliwości i służbami. W praktyce oznacza to uprzywilejowanie jednej grupy narodowościowej w dostępie do wsparcia instytucjonalnego. Polscy obywatele nie dostają żadnych „poradników”, jak bronić się przed skutkami niekontrolowanej migracji, jak reagować na realne konflikty interesów na rynku pracy czy w usługach publicznych, wreszcie – jak dochodzić swoich praw w starciu z instytucjami. Za to cudzoziemcy mają otrzymać instrukcję, jak skutecznie reagować na każdy przejaw krytyki — choćby tej uzasadnionej.
To pokazuje szerszy problem: Polska z kraju goszczącego i pomagającego staje się przestrzenią, w której cudzoziemcy są systemowo chronieni przed społeczną krytyką, a obywatele dyscyplinowani moralnie i straszeni etykietą „mowy nienawiści”. Wystarczy, iż ktoś nazwie napięcia społeczne „ksenofobią”, a temat znika z debaty, choć koszty pozostają. Dokładnie tą drogą szły państwa Zachodu, gdzie lęk przed oskarżeniem o rasizm paraliżował instytucje — i kończyło się tym, iż realne patologie zamiatano pod dywan.
Ta sprawa pokazuje, jak Polska za rządów Tuska traci kontrolę nad własnym terytorium. Z kraju goszczącego staje się przestrzenią, w której cudzoziemcy są chronieni przed społeczną krytyką, a Polacy stają się grupą, którą można ścigać za „nienawiść”. Czy Polacy nie staną się niedługo ofiarami własnej naiwności, podobnie jak rdzenni brytyjczycy? Jest to pytanie, na które odpowiedzi nie będziemy musieli czekać zbyt długo. Za moment skończy się bowiem wojna i przyjadą do nas ukraińscy weterani z PTSD. Wtedy już będzie za późno na przebudzenie polskiego społeczeństwa.
Jeśli państwo nie zacznie jasno stawiać granic, nie odzyska kontroli nad polityką migracyjną i nie przywróci równowagi między prawami gości, a prawami własnych obywateli, napięcia będą tylko narastać. Poradniki szmalcownictwa tego nie rozwiążą. Rozwiąże to tylko uczciwa polityka: twarde egzekwowanie prawa wobec cudzoziemców oraz prawo Polaków do zadawania pytań bez etykietowania ich jako zagrożenia dla skrajnie lewicowej ideologii multi-kulti.
Polecamy również: Rząd Tuska forsuje ekspresowe rozwody. To prawo, które uczy nietrwałości związków


















