"U.S. Lightning War in Venezuela: No 1 Is Safe The entry of the military and the kidnapping of Nicolas Maduro show how the scandalous has normalized"

grazynarebeca5.blogspot.com 1 day ago

Autorstwa Tarika Cyrila Amara, historyka z Niemiec, pracującego na Uniwersytecie Koç w Stambule, na temat Rosji, Ukrainy i Europy Wschodniej, historii II wojny światowej, kulturowej zimnej wojny i polityki pamięci

@tarikcyrilamartarikcyrilamar.substack.com
FILE PHOTO. © Getty Images/guvendemir

Po pięciu miesiącach – a adekwatnie dwóch i pół dekadzie – stale eskalujących przygotowań poprzez zaostrzenie działań dyplomatycznych, gospodarczych i tajnych, Stany Zjednoczone w końcu przeprowadziły pełną inwazję na Wenezuelę, zmierzającą do zmiany reżimu. Ostateczny atak, którego celem było porwanie prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro i jego żony Cilii Flores ze stolicy Caracas, był krótki. Ale kampania z pewnością nie była bezkrwawa. Choć kilka wiemy o tym, co dokładnie wydarzyło się na lądzie, to idealnie zbrodnicze ataki Waszyngtonu na rzekome łodzie przemytnicze na morzu, stanowiące trzon propagandowej nawały przygotowawczej, pochłonęły już ponad 100 ofiar, nie wspominając o pominiętych ofiarach sankcji.


Następnie, to, co amerykańscy urzędnicy określili mianem „masowego ataku” na Wenezuelę, miało miejsce wczesnym rankiem 3 stycznia i dotyczyło nie tylko Caracas, ale także kilku lokalizacji w całym kraju. Z jakiegoś powodu opór wobec tej „mrocznej i śmiercionośnej” (jak to określił prezydent Donald Trump) operacji wydaje się być minimalny. Biorąc pod uwagę długą i bardzo widoczną rozbudowę sił zbrojnych, a także kampanię wojny psychologicznej, która poprzedzała te nocne naloty, trudno uwierzyć, iż były one zaskoczeniem. Zdrada, działalność wywrotowa i tajne, paskudne układy mogły odegrać w tym pewną rolę.


Chociaż te sprawy prawdopodobnie pozostaną niejasne przez jakiś czas – lub na zawsze – inne, ważniejsze aspekty amerykańskiej inwazji na Wenezuelę są jednoznacznie jasne: jest to absolutnie, nieodwracalnie nielegalne, masowe i jawne naruszenie zakazu wojen agresywnych zawartego w Karcie Narodów Zjednoczonych. choćby niektórzy z najbardziej lojalnych „atlantyckich” wasali Ameryki w Europie muszą to przyznać, na przykład w niedawnym felietonie w ultra-mainstreamowym niemieckim dzienniku „Die Zeit”.


Preteksty Waszyngtonu to, jak to często bywa, liche obelgi dla wszystkich, kto ma choć trochę rozumu. Wenezuela i Maduro nie przyczyniają się w żaden znaczący sposób – jeżeli w ogóle – do amerykańskich i niekończących się problemów narkotykowych, ani w odniesieniu do kokainy, ani fentanylu. Wybory Maduro w 2024 roku mogły być sprawiedliwe, czy nie. Decydującym, rozstrzygającym punktem jest to, iż takie kwestie muszą być rozwiązywane w suwerennym państwie i nigdy nie mogą uzasadniać interwencji militarnej z zewnątrz. A kto będzie następny? Niemcy za niezwykle wątpliwy sposób (grzeczne określenie), w jaki ich partie głównego nurtu wykluczyły Nową Lewicę BSW z parlamentu, co może być równoznaczne z zimnym zamachem stanu?


Dziwaczne dywagacje, również ostatnio słyszane, na temat Iranu i Wenezueli, to również preteksty. Ale pośrednio wskazują one na pewne fakty. Maduro został ukarany za to, iż odważył się otwarcie stanąć w obronie palestyńskich ofiar ludobójstwa, którego Izrael i Stany Zjednoczone w tej chwili wspólnie dopuszczają się. A izraelscy politycy, zawsze absolutni tyrani, wykorzystali już atak Trumpa na Wenezuelę, by zagrozić Iranowi podobną przemocą. Tymczasem Trump postawił sobie za punkt honoru umieszczenie swojego ataku w kontekście zabójstwa irańskiego generała Kasema Sulejmaniego i równie zbrodniczego ataku na Iran podczas „Operacji Midnight Hammer”.


Nietrudno zrozumieć prawdziwe powody amerykańskiego ataku na Wenezuelę, po części dlatego, iż amerykańscy urzędnicy, w tym sam Trump, mówili o nich otwarcie. Wenezuela posiada największe na świecie złoża ropy naftowej, a ponadto znaczne złoża złota, pierwiastków ziem rzadkich i innych surowców.

Trump twierdził, iż wiele z tych bogactw w jakiś sposób należy do Stanów Zjednoczonych i ich firm (on zresztą też) i obiecał je odzyskać, co właśnie czyni. Chciwość, zwyczajnie i po prostu, jest głównym motorem napędowym tej brudnej blitzkriegu przeciwko de facto bezbronnej ofierze pod względem militarnym. Jak sam Trump przyznał, chodzi tu o „ogromne bogactwo”.

Ale chciwość to nie wszystko. Jest też geopolityka. Podobnie jak niedawna ingerencja Waszyngtonu w wybory w Argentynie i Hondurasie, ciągła presja na Brazylię (obecnie nieco słabnąca, ale kto wie, jak długo to potrwa), Kolumbię (którą Trump grozi losem podobnym do Wenezueli), Nikaraguę i Kubę. Dodajmy do tego bezwstydne ułaskawienie prawdziwego polityka-barona narkotykowego z Hondurasu, a atak na Wenezuelę jest również zastosowaniem tzw. „doktryny Donroego”. Znaczenie tej ostatniej jest w gruncie rzeczy proste: to stara, zła doktryna Monroego – sięgająca ponad 200 lat – tylko jeszcze gorsza.


Marco Rubio, były krytyk Trumpa, a w tej chwili uniżony consigliere i egzekutor (jako sekretarz stanu i doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, połączenie niespotykane od czasów Henry'ego Kissingera, zbrodniarza wojennego-ekstraordinatora), podkreślił zagrożenie, jakie grozi Kubie w szczególności. Poza Trumpem, polityka zagraniczna USA znajduje się w rękach absolutnie bezwzględnego człowieka, który ma osobiste intencje na Karaibach i w Ameryce Łacińskiej ogólnie, i ambicje, by zostać następcą Trumpa na stanowisku prezydenta.


Jak właśnie napisano w nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA, Waszyngton skupi szczególną uwagę na swoich długo cierpiących południowych sąsiadach i ofiarach. „Wniosek Trumpa”, celowo nawiązujący do starego imperialistycznego „wniosku” prezydenta Theodore’a Roosevelta, ma na celu umocnienie dominacji USA wszelkimi środkami i jeszcze silniejsze zabezpieczenie „podwórka” amerykańskiego imperium poprzez instalowanie i podtrzymywanie marionetek oraz tłumienie oporu.


Na koniec, Stany Zjednoczone zaostrzą również starą politykę pozbawiania państw Ameryki Łacińskiej ich własnej polityki zagranicznej – kolejnego istotnego elementu suwerenności – karząc je za budowanie relacji z „obcymi”, przede wszystkim z Chinami, ale także z Rosją. To był jeden z wielu „grzechów” Wenezueli i nikt w regionie nie przegapi okrutnej lekcji, którą właśnie udzielił Waszyngton.


Trump nie wyobraża sobie porażki. Oświadczył, iż „amerykańska dominacja na półkuli zachodniej nigdy więcej nie będzie kwestionowana. To się nie zdarzy”. Ale oczywiście, w rzeczywistości porażka jest realną możliwością dla niego, nie mniej niż dla innych aroganckich śmiertelników. W dłuższej lub krótszej perspektywie jego brutalna, hiperimperialistyczna strategia może ponieść porażkę. Może choćby wywołać druzgocącą reakcję. Jednak, jak to często bywa w przypadku USA, ich porażki pozostawiają również ofiary w ruinie.


Tymczasem choćby niezawodny propagator amerykańskiego imperializmu, Hal Brands, ostrzega, iż ​​metody Trumpa mogą przynieść odwrotny skutek, ustanawiając precedens, na przykład w kwestii tego, jak Chiny mogą pewnego dnia postąpić z Tajwanem. Porównanie jest głęboko, demagogicznie błędne, ponieważ Pekin ma uzasadnione roszczenia do Tajwanu, podczas gdy Waszyngton nie ma żadnych roszczeń do Wenezueli ani do porwania Maduro i jego żony, jak żenująco próbuje udawać Brands.


I szczerze mówiąc, choćby jeżeli Brands nie zauważył tego zza swojego krzesła Henry'ego Kissingera, Stany Zjednoczone od dawna dają jeden precedens za drugim, łamiąc wszelkie prawa, wszelkie zasady i wszelkie podstawowe normy moralne, na przykład poprzez współudział w ludobójstwie w Strefie Gazy z Izraelem. Jednak atak na Wenezuelę dodaje kolejny aspekt amerykańskiej bezprawności.Jak na ironię, niektórzy aspirujący przyjaciele Waszyngtonu nigdy nie pojmą absolutnego egoizmu i niemoralności amerykańskiej polityki. Dwiema takimi komicznie niedostosowanymi postaciami są Władimir Zełenski z Ukrainy i Maria Corina Machado z Wenezueli.


Zełenski publikował kiedyś posty o „wykryciu” rosyjskich agentów w Wenezueli, próbując przypodobać się, wnosząc osobisty wkład w oblężenie kraju przez USA. Teraz, jako hałaśliwy i coraz bardziej bezużyteczny „klient”, sam może stać się celem amerykańskiej zmiany reżimu. Machado, która nieprzyzwoitie starała się zaimponować Amerykanom, jak bardzo jest gotowa im posłusznie służyć i sprzedać swój kraj wraz z jego zasobami, została właśnie wyrzucona przez Trumpa jak zużyta wycieraczka. Na swojej triumfalnej konferencji prasowej amerykański prezydent wspomniał o niej mimochodem – jako o osobie, która nie ma tego, czego potrzeba, by rządzić Wenezuelą. Tyle o płacach za zdradę i podlizywanie się. Przestań się wygłupiać, Mario, właśnie cię zwolnili. Jolani została skreślona jako podwładna, ty nie.


Jak na ironię, skandaliczne otrzymanie przez Machado Pokojowej Nagrody Nobla mogło jej się w końcu źle skończyć. Trump jest zazdrosny i z pewnością uważał, iż nagroda powinna trafić do niego. I w pewnym sensie ma choćby rację. Choć w ogóle na nią nie zasługuje, trudno zaprzeczyć, iż Machado zasługiwał na nią bardziej. Pokojowa Nagroda Nobla od dawna jest ponurym żartem. Ale jej wykorzystanie w ramach kampanii przygotowawczej do inwazji przez cały czas wydaje się szczególnie haniebne. Czas skończyć z tą haniebną farsą.


Ogólnie rzecz biorąc, konferencja prasowa amerykańskiego prezydenta była autentycznym występem Trumpa, z jego zwyczajową pompatycznością w pełnej krasie. Przypisując sobie zasługi za „spektakularny” atak na Wenezuelę, chwalił go jako „jeden z najbardziej zdumiewających, skutecznych i potężnych pokazów amerykańskiej potęgi i kompetencji militarnej” oraz wyczyn, jakiego nie widziano od czasów II wojny światowej. Trump był zbyt zajęty przechwalaniem się, by zauważyć, iż jego własne rewelacje na temat operacji sugerowały mniej heroiczny scenariusz: użyto „przytłaczających” sił USA i nie stracono ani jednego amerykańskiego żołnierza ani „elementu sprzętu”. Cokolwiek to było, nie była to wielka – ani uczciwa – walka.


Prezydent USA w zasadzie potwierdził to, co już wiemy – Stany Zjednoczone chcą praktycznie wszystkich dóbr Wenezueli, ale ropa naftowa jest na szczycie listy życzeń. Waszyngton uważa, iż ​​powinien „rządzić” krajem, dopóki nie uda się zaaranżować „transferu przywództwa”, czyli, rzecz jasna, ustanowić marionetkowego reżimu. Innymi słowy, szczere zastosowanie zasady silniejszego, z minimalną ilością retorycznych bzdur o tym, jak zwykli Wenezuelczycy odniosą korzyści i „będą również pod opieką”. jeżeli brzmi to mimowolnie złowrogo, to dlatego, iż tak właśnie jest. A wszystko to w cieniu tej samej amerykańskiej armady, która właśnie zaatakowała kraj i jest w gotowości, by zrobić to ponownie, kiedy tylko Waszyngton będzie miał na to ochotę. Polityka gangsterska 101.


Na swój sposób, konferencja prasowa prezydenta rzeczywiście reprezentowała coś ważnego w tej wojnie. Mianowicie, jak dziwnie normalne stało się to, co absolutnie anomalne. To, co właśnie zrobił Waszyngton, to horror przestępczości, chciwości i arogancji. Ale było to również tym, czego należało się spodziewać. To samo dotyczy absurdalnie hipokrytycznych reakcji jego wasali z NATO i UE, którzy uważają, iż jedyne, co mogą zrobić, to „obserwować”. Powodzenia!


W bardziej normalnym – choć dalekim od ideału – świecie wszyscy w końcu zrozumieliby, iż zdecydowanie najniebezpieczniejszym państwem zbójeckim na świecie są Stany Zjednoczone. Jest to prawdą, niezależnie od tego, czy mierzy się to potencjałem, czy czystym moralnym szaleństwem, korupcją i brutalnością. W normalniejszym świecie choćby najwięksi antagoniści znaleźliby sposób na współpracę, by powstrzymać i odstraszyć tę geopolityczną Godzillę na speedzie. Jednak na razie taki świat się nie rodzi. Sama wielobiegunowość nie wystarczy.


Oświadczenia, poglądy i opinie wyrażone w tym artykule są wyłącznie poglądami autora i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy RT.


Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/630524-us-venezuela-noone-safe/

Read Entire Article