Tomczak: Mainstream na tropie polskich onuc.

konserwatyzm.pl 3 days ago
Czemu “racjonalny” mainstream zaczął węszyć spiski w poszukiwaniu “ruskich onuc”? Czy Rosją fascynują się polscy konserwatyści czy raczej wymyśleni prawicowcy z mainstreamowych pastiszów? Czemu mainstream utożsamia Putina z Dostojewskim, a słowianofilów z funkcjonariuszami KGB? Czemu mainstream zawsze domniema zbrodnie Putina, a po katastrofie w Smoleńsku możliwie jak najszybciej go uniewinnił? – o przekonaniu o własnej wyższości moralnej, tęsknocie za “Europą” i wykorzenieniu jako fundamentach światopoglądu liberalnej “elity”, które były także powodem zmiany podejścia do Rosji.
Jak starałem się dowieść w tekście, który ukazał się na łamach poprzedniego numeru “Myśli Polskiej”, stosunek liberalnego mainstreamu do Ukrainy i Rosji jest jedynie wynikiem trzech cech składających się na światopogląd jego przedstawicieli. Te trzy cechy to: przekonanie o własnej wyższości moralnej, zapatrzenie w “Europę” oraz wykorzenienie. Optyka na inne państwa jest zmienna, natomiast te trzy adekwatności pozostają niewzruszone – oczywiście, skutkują one akceptacją dowolnie asymetrycznych relacji Polski z innymi krajami.
Nie będę, wobec powyższego, upierał się, iż piruet dokonany przez liberalny mainstream w ostatnich latach, piruet oznaczający zmianę roli piewców “resetu” na pozycje zawziętych tropicieli “ruskich onuc”, jest wyłącznie wynikiem instynktu stadnego. Trzy wyżej wskazane kierunkowskazy, umieszczone wręcz na poziomie podświadomości pozwalają przynajmniej części przedstawicieli mainstreamu samodzielnie identyfikować “mądrość etapu”. Zewnętrzne wrażenie całkowitego zaprzeczania samym sobie jest zrozumiałe, jednak nie bierze pod uwagę głębiej ukrytych i względnie spójnych aksjomatów, całkowicie nadrzędnych wobec wykorzystywanych jedynie jako doraźne szabelki retoryczne argumentów.
BYLE NIE POLSKOŚĆ
Jednym z podstawowych wyrazów opisywanego przeze mnie światopoglądu jest niechęć liberalnego mainstreamu wobec państwa jednonarodowego. Jak wspominałem w tekście “Ukrainofilia jako funkcja wykorzenienia”, państwo jednonarodowe to domniemane źródło konfliktów, rzekoma żyzna gleba dla “faszyzmu”. Powstrzymanie triumfu “faszyzmu” w Polsce stanowi priorytet o randze tak potężnej, iż dla jego powodzenia można wspierać każdy nacjonalizm, a choćby szowinizm – byle nie był polski. Oczywiście, przede wszystkim należy wciąż na nowo definiować “faszyzm”, by go nam nie brakło – by nie zatracić sensu walki i nie wygasić rewolucyjnego zapału.
Oczywiście, źródłem oskarżeń najcięższego kalibru dla tych wszystkich, którzy ostatnio (z gorliwością neofitów) zaczęli posługiwać się określeniem “polski interes narodowy” (oczywiście, wtedy gdy chodzi o interes ukraiński) jest kooperacja bądź choćby jedynie przychylne wypowiedzi na temat Konfederacji bądź Korony, jest “antysemityzm” i “nacjonalizm”, nigdy zaś antypolskość. Nigdy nie poprą penalizacji banderyzmu, zawsze będą domagać się więzienia dla polityków w rodzaju Grzegorza Brauna, tak naprawdę nie ukrywając, iż jedynym powodem jest jego nieprawomyślność (wystarczy zapytać wołających o zamknięcie Brauna o przyczyny ich żądań). Polskość jest dla nich tym wyrodnym synem, najgorzej traktowanym wśród rodzeństwa, kimś kto musi starać się sto razy bardziej, by dostać to co inni i sto razy mniej wystarczy, by poniósł surową karę.
Charakterystyczna dla zjawiska, o którym piszę była wypowiedź dziennikarki “Gazety Wyborczej” Dominiki Wielowieyskiej na jej kanale na portalu YouTube, uzupełniona – a jakże – tezą o “antypolskiej” działalności Grzegorza Brauna: „Moim zdaniem nie ma takiej możliwości aby Brauna przemilczeć, raczej trzeba przestrzegać przed nim, przypominać co on opowiada i apelować do tych ludzi, którzy będą się w otoczeniu Brauna pojawiać, iż będą narażeni na poważny ostracyzm towarzyski, gospodarczy, polityczny”.
Rzecz jasna, przypisywanie przeciwnikom politycznym roli Żyda w III Rzeszy dawno przestało być problemem dla przedstawicieli mainstreamu – oczywiście, uśmiech wywołuje to ich przekonanie o byciu bezkonkurencyjnym dystrybutorem prestiżu. W tej wypowiedzi interesujące jest jednak, z perspektywy niniejszego tekstu, przede wszystkim to, iż unaocznia ona jakie zło jest absolutyzowane przez mainstream (w tym samym nagraniu Wielowieyska nazywa Brauna “postacią skrajnie szkodliwą”) – nigdy nie leży ono tam, gdzie spojrzenie zwykłego człowieka nakazywałoby je widzieć, czyli choćby po stronie zbrodniarzy z OUN-UPA. Więcej – dla mainstreamu przenigdy zło nie jest złem dlatego, iż jest antypolskie. To co antypolskie czasem może przynieść nagrodę, czasem pean pochwalny, w ostateczności bagatelizujące “a czym ty się przejmujesz” – nigdy natomiast nie jest złem.
Można relatywizować zbrodnie UPA, milczeniem reagować na prowadzoną na dużą skalę kolaborację Ukraińców z Niemcami w trakcie II wojny światowej. Można też, oczywiście, wspierać nacjonalistów śląskich i różne inne grupy sprzyjające “rekonstrukcji narodowej”. Można z belki robić drzazgę, a z drzazgi belkę – w tej narracji kapitan Romuald Rajs “Bury” jest zbrodniarzem, a Stafan Bandera “to dla wielu Ukraińców bohater”. Ileż to wysiłku włożyła ostatnio lewica w poszukiwaniu “polskiego Bandery” – bo przecież ciężko uwierzyć, iż zainteresowanie historią “Burego” (albo raczej – zainteresowanie pisaniem nowej historii “Burego”) oznacza odejście od linii “skupienia się na przyszłości” i “zostawienia historii historykom”. Partykularna, egoistyczna perspektywa, w ramach której sprawca ludobójstwa to “dla niektórych bohater” również jest akceptowalna – byle nie była polska.
Można relatywizować zbrodnie, obce nacjonalizmy, współpracę z Hitlerem – można adekwatnie wszystko, byle tylko hydra się nie odrodziła. Hydra to oczywiście faszyzm, którego widmo już 100 lat krąży nad Polską i złośliwie nie może dotrzeć na miejsce. Hydra jeszcze nigdy nie uniosła głowy? To tylko dowodzi, jaka jest podstępna, jak perfidnie knuje, ile sił zebrała i z jak potworną mocą może uderzyć.
RACJONALNE TROPIENIE SPISKÓW
To ciekawe, iż poszukujący “ruskich agentów” mainstream porusza się po przestrzeniach, które według niego samego zagospodarowane są przez “antysemitów” – sferach mitu, tajemniczości, tabu, skojarzeń przekazywanych, gdy “puszcza” się oko. Mędrcy Syjonu spotykali się na praskim cmentarzu knując w kwestii przyszłości świata. “Ruskie onuce” to pacynki na niewidzialnych kremlowskich sznurkach, ludzie – chociaż głupi – tak bardzo przebiegli, iż ich winy po prostu nie da się wykazać, stąd ich tropiciele oszczędzają czas na składanie na nich zawiadomień do prokuratur.
Najważniejsze są zaklęcia: “A czy to przypadek, że…”, “Może to zbieg okoliczności, ale…”, “Jakoś nie chce mi się wierzyć…”. Tak, tropiciele “ruskich onuc” mogliby równie dobrze liczyć Żydów, którzy nie przyszli do pracy 11 września 2001 roku – gdyby żyli w innych czasach i innym miejscu. Tak, chwilę po tym, jak mainstream dowodził, iż Rosja się “demokratyzuje” nastąpił atak klonów Tomasza Piątka. Trzeba przyznać, iż zastępy specjalistów od sfałszowania wyborów prezydenckich pod przewodnictwem Romana Giertycha sprawiają, iż jest z kogo wybierać. Odległość od rzeczywistości zachowana, jedynie wektor inny.
Co najciekawsze, liberalny mainstream sam chciałby widzieć ludzi co najmniej nawiedzonych, opętanych wizją jakiegoś spisku w osobach formułujących zarzuty o jego antypolski charakter. Rzecz jasna, łatwiej wtedy ukazywać ich argumenty w oparach absurdu i karykatury. Tak byłoby najprościej. W reakcjach opisywanych środowisk można dostrzec pewną metamorfozę – o ile kiedyś, w sytuacji ich olbrzymiej przewagi medialnej, krytycy stygmatyzowani byli w aranżacjach z pogranicza mema i szpitala psychiatrycznego, o tyle ostatnio drwinie i pogardzie towarzyszyć zaczęła obawa i oburzenie, te nieodłączne towarzyszki wzięcia czegoś bardziej na serio.
Cały problem narracji liberalnego mainstreamu polega na tym, iż mało kto już wierzy w jego samoidentyfikację jako bastionu racjonalnego myślenia. Monopol medialny nie sprzyjał wysiłkowi intelektualnemu – jego depozytariusze przyzwyczaili się, iż ludzie będą przyjmować ich tezy “na wiarę”. Skończyło się na manowcach irracjonalności, a “ruski agent” często równie bardzo świadczy nie o opisywanym, ale o opisującym, jak “Żyd” w ustach antysemity. Czyli – mainstream mógł nie czuć więzi z narodem polskim, mógł nie pojmować wiary tego narodu, przez co uciekał w antyklerykalizm, natomiast bronił się racjonalnością argumentacji. Teraz choćby o tej ostatniej ciężko mówić.
ANTYPOLSKOŚĆ SUBLIMOWANA
Jak wiadomo, Zygmunt Freud stworzył teorię sublimacji, dowodząc, iż człowiek przekształca nieakceptowalne społecznie popędy w działania twórcze i pożyteczne, np. popęd seksualny znajduje ujście w twórczości artystycznej. Teoria sublimacji dobrze tłumaczy stosunek mainstreamu do relacji Polski z innymi państwami i jego aprobatę dla nieograniczonej ilości wcieleń asymetryczności, asymetryczności dowolnie aberracyjnej.
Mainstream ma ten problem, iż nie może wprost zanegować patriotyzmu. Prowadzi zatem akrobatykę na linie, w sofistycznych tyradach dowodząc, iż “prawica nie ma monopolu na patriotyzm”, co należy oczywiście rozumieć jako: mogę tolerować historyków typu Grabowski czy Gross, mogę akceptować bojkotowanie polskiej wrażliwości przez Ukraińców, mogę widzieć w Żołnierzach Niezłomnych zbrodniarzy, ale przecież patriotyzmu nikt mi nie odbierze. Nazwałem ten rodzaj patriotyzmu “podatkowo-trawnikowym”, nie chcąc, by przypominał nazwą schizofrenię diagnozowaną w sowieckiej psychuszce – czyli, aby nie określać go epitetem “bezobjawowy”.
Niechęć do państwa jednonarodowego, skłonność do przypisywania Polakom brzydkich cech, stawianie bycia “Europejczykiem” znacznie powyżej bycia Polakiem mainstreamowi trudno wyrażać wprost. Swoista sublimacja uzewnętrznia się w przychylności i szczególnej, nie mającej racjonalnych podstaw trosce o inne narody.
W opisywanej optyce Polak jest rasistą, antysemitą, ksenofobem, bije żonę po mszy, a wieczorem po wypiciu wódki drze się na całą okolicę – tego nie powinno się mówić publicznie, choć “wszyscy to wiedzą” (wszyscy, czyli środowisko, które tak myśli – “warszawko-centryzm” nakazuje jednak widzieć świat na obraz i podobieństwo “warszawki”). Trzeba zatem chronić Ukraińca, który jest tego agresywnego i pełnego najniższych instynktów Polaka potencjalną ofiarą. Trzeba pomagać temu Ukraińcowi, bo personifikuje on szansę na uczynienie tutejszego narodu innym – w tym marzeniu o “wielkiej podmianie” (wyartykułowanym zresztą ostatnio wprost przez pewną hiszpańską polityk nawiązującą do imigrantów) obok antypolskich resentymentów jest też najpewniej iskra zapału rewolucyjnego, prowadzącego do zmieniania świata – nieważne jak, byle tak, nieważne co, byle coś.
Wcześniej trzeba było współuczestniczyć w “resecie” z Rosją, by pokazać temu pijaczkowi-rusofobowi, iż żyje w tym narodzie również bardziej udana i światlejsza jego część – potrafi ona wznieść się ponad podziały, wykazać ponadprzeciętną dojrzałość, zamiast wszczynać konflikty w nacjonalistycznym uniesieniu i pijackim szale.
PO PIERWSZE DEMOKRACJA LIBERALNA, PO PIERWSZE LIBERALNI DEMOKRACI
Obecny stosunek mainstreamu do Rosji tylko pozornie świadczy o jego radykalnej zmianie. Nie w tym sensie, iż nie stał się on dużo bardziej krytyczny wobec Władimira Putina (bo stał się) – w tym rozumieniu, iż nastawienie do Rosji jest wtórne wobec stosunku mainstreamu do Polski oraz do samego siebie.
Wbrew własnej retoryce, wbrew instrumentalnie wykorzystywanemu odwoływaniu się do “polskiego interesu” mainstream nie lubi Rosji nie dlatego, iż jest antypolska, ale dlatego, iż jest nie-demokratyczno-liberalna. Odpowiada to – przy zachowaniu proporcji – podziałowi występującemu w obrębie opozycji przeciwko PRL. Część opowiadała się przeciw systemowi z powodu jego antypolskości, część natomiast z powodu niedemokratyczności.
Przywołam jeszcze jeden przykład historyczny – przedstawiciele mainstreamu krytykują Józefa Piłsudskiego nie chociażby z powodu jego, opisywanej choćby przez Józefa Mackiewicza, współpracy i zażyłej relacji z Leninem, ale z powodu zlikwidowania przez niego demokracji. Domniemane ustawianie interesu międzynarodowej rewolucji ponad polską racją stanu nie musi być zarzutem, natomiast wprowadzenie dyktatury to już zbrodnia przeciw wartościom mainstreamu. Oczywiście, chodzi o ten typ dyktatury – bo przecież dyktaturę “miękką”, opartą o monopol medialny, otaczanie ostracyzmem, inwigilację przez służby przeciwników mainstream akceptuje, ostatnio coraz częściej jego przedstawiciele mówią to wprost.
Świat widziany oczami mainstreamu dzieli się na demokracje liberalne i całą resztę. Prowadzi to, rzecz jasna, do utożsamiania na przykład Fiodora Dostojewskiego, człowieka religijnego, tradycjonalisty, promującego idee słowianofilskie z Władimirem Putinem – kagiebistą, satrapą i intrygantem. Charakterystyczne było dowodzenie przez mainstream ideowego powinowactwa zachodnioeuropejskich konserwatystów z Putinem – dlatego, iż i oni i on sprzeciwiają się ruchom LGBT. Jak bardzo ideologicznie trzeba mieć ukierunkowaną optykę, by ze sprawy – na tle wszystkich innych – marginalnej uczynić na tyle istotną, iż pozwalającą stawiać tezę o zbieżności tych, którzy na jej temat mają podobne zdanie… Dodajmy, gwoli uczciwości, iż putinowski sprzeciw wobec LGBT jest uzasadniany kultem siły, oparty o specyficznie rozumianą męskość, natomiast ten konserwatywny ma korzenie jednoznacznie chrześcijańskie i odwołuje się do norm cywilizacyjnych.
Carat z komunizmem wyczerpująco i inspirująco porównywał Józef Mackiewicz, choćby na łamach “Zwycięstwa prowokacji”. Niezwykle interesujące było zestawienie traktowania więźniów politycznych w obydwu systemach – o ile w Rosji carskiej więzień polityczny był niejako uprzywilejowany i lepiej traktowany niż pozostali, o tyle w komunizmie sytuował się na samym dole określonej przez system hierarchii więźniów. Z carem Polacy negocjowali, jakie obszary wolności mogą być pozostawione im do zagospodarowania – w komunizmie nie było takich obszarów wolności, bo wszystko warunkowała podległość ideologii nieuznającej narodowych odrębności. Wspomniany Mackiewicz bardzo zresztą sprzeciwiał się traktowaniu komunizmu jako kolejnego wcielenia imperializmu rosyjskiego – dlatego, iż komunizm miał objąć cały świat, zatem nie był imperializmem w klasycznym tego słowa rozumieniu, poza tym kierowany ideologicznymi wytycznymi rozmywał tożsamości narodowe i lokalne.
Teza o zbieżności caratu, komunizmu i putinizmu jest często powielana przez mainstream, właśnie wskutek przyjmowania stosunku do demokracji liberalnej jako podstawowej i zarazem ostatecznej miary oceny. Zapomniał mainstream o bardzo poważanym przez swoich poprzedników Jacku Kaczmarskim, który śpiewał: “Jam po prostu jest rusofil-antykomunista”.
Co charakterystyczne, mainstream skłonny jest także dopatrywać się w Rosji Putina państwa faszystowskiego – być może dlatego, iż wszystko czemu się sprzeciwia określa faszyzmem. W pisarstwie Aleksandra Dugina, intelektualnie uzasadniającego mocarstwowe aspiracje Rosji jedną z podstawowych cech Rosji-mocarstwa ma być jej wielonarodowy charakter. Nie wiadomo jak to pogodzić z tym faszyzmem. Ale przecież mainstreamowi nie takie nieścisłości nie przeszkadzają.
Nie tyle w Rosji nie przeszkadzała mainstreamowi antypolskość, co antypolskość stanowiła okoliczność łagodzącą i była jedynym uzasadnieniem uniewinnienia możliwie jak najszybciej Putina z zarzutów o kolejną zbrodnię. Otóż, Władimirowi Putinowi – uważam, iż najczęściej słusznie – przypisane zostało mnóstwo rozmaitych zbrodni, od tych wojennych w Czeczenii, przez nieudolne odbicie zakładników w teatrze na Dubrowce, przez Politkowską, Litwinienkę, Skripala po Nawalnego. Obarczony też został niejako “z automatu” odpowiedzialnością za zamach na salę koncertową w marcu 2024 roku pod Moskwą – okazało się to nieprawdą, a do ataku przyznało się ISIS. Natychmiast tezę o winie Putina postawiono po katastrofie samolotu z Jewgienijem Prigożynem. Było dla mainstreamu całkowicie oczywiste, iż Putin jest zdolny do zrobienia zamachu na samolot.
W jednej tylko sytuacji mainstream z olbrzymią wręcz gorliwością odrzucał tezę o sprawstwie Putina – w przypadku katastrofy samolotu z polskim prezydentem w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku. Tak naprawdę ustalenia komisji, choć służące za argument, nie miały znaczenia. Zamachu po prostu nie mogło być – nie dlatego, iż to nieprawdopodobne, ale dlatego iż absolutnie nie można było dopuścić do rozważania tego prawdopodobieństwa. Dlaczego? Winą obarczony zostałby rząd Tuska, a także – co dużo ważniejsze – w narodzie wznieciłyby się na dużą skalę nastroje patriotyczne. Te ostatnie mainstream przywykł traktować jako olbrzymie zagrożenie – przecież cała narracja, której głównym twórcą był Adam Michnik, a która pojawiła się na początku III RP głosiła, iż największym zagrożeniem jest polski nacjonalizm i należy bezwarunkowo pogodzić się z postkomunistami, by wspólnie walczyć z “demonem”.
To nie konserwatyści spoglądają życzliwym okiem na Rosję. Rosja nie jest zresztą żadnym katechtonem (określenie siły powstrzymującej antychrysta) – dość powiedzieć, iż w tym kraju dokonuje się najwięcej aborcji w całej Europie. jeżeli ktoś myśli o Rosji jako ostoi konserwatyzmu to co najwyżej część jej chwalców, jak choćby wspomniany Dugin. Patrzą tak też prawicowcy – tyle tylko, iż prawicowcy obecni w narracjach lewicy, stworzeni po to, by przykleić łatkę konserwatystom.
POGLĄDY TO NIE ZDRADA
Jedną z najczęściej używanych przez przedstawicieli mainstreamu manipulacji jest utożsamianie poglądów z agenturalnym działaniem na rzecz obcego interesu. Nie, to wcale nie jest domena zwolenników PiS – choć ta skłonność występuje u nich także nadzwyczaj często.
Politycy i zwolennicy Konfederacji oraz Konfederacji Korony Polskiej są niemal w każdej dyskusji wskazywani przez polityków bliskich mainstreamowi jako “rzecznicy rosyjskiego interesu”. Oczywiście, “rosyjska narracja” to także domaganie się ekshumacji ofiar rzezi wołyńskiej czy opanowania niekontrolowanego przepływu ukraińskiej żywności. Oczywiście, to mainstream jest irracjonalnie proukraiński, nie zaś te dwie partie prorosyjskie. Rzecz, jak zawsze, rozbija się o konkret – przedstawicieli mainstreamu o konkrety właśnie trzeba pytać.
Oczywiście, nikt na “ruskich agentów” nie składa zawiadomień do prokuratury, bo ich tropiciele najbardziej boją się oficjalnego zdementowania tez składających się na ich propagandę.
Istnieją przynajmniej trzy rodzaje relacji mogących łączyć polityka z innym państwem. Pierwsza to fascynacja tym państwem, jego kulturą, dorobkiem cywilizacyjnym, światopoglądem dominującym i mogącym służyć za inspirację w myśleniu i działaniu. Druga to stosunek uległego koniunkturalisty – najpełniej wyrażała to polityka “resetu” prowadzona przez rząd Donalda Tuska, skłonny do ustępstw większych niż Rosja chciałaby się domagać. Trzeci to stosunek agenturalny – dla korzyści materialnych, z zemsty czy z fascynacji przekazuje się przedstawicielom obcego państwa informacje dotyczące kraju, który się formalnie reprezentuje. Niewątpliwie zbliżył się do takiej działalności były niemiecki kanclerz Gerhard Schröder.
Poglądy nie są i nie będą zdradą – choćby mainstream traktował je jak zbrodnię, skoro chce za nie zamykać w więzieniu.
Jacek Tomczak
Read Entire Article