Stanisław Michalkiewicz: Chicagowskie zmienne nastroje

magnapolonia.org 5 hours ago

Stanisław Michalkiewicz: Chicagowskie zmienne nastroje

Szerokokadłubowy dreamliner „Lotu” z Warszawy do Chicago leci najpierw w kierunku Poznania, ale nad Poznaniem bierze kurs na północny zachód i leci po loksodromie, to znaczy – po łuku, przecinającym wszystkie południki pod tym samym kątem. Tak samoloty latały i przed wojną, a świadectwem tego jest wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, wówczas już żony lotnika Jasnorzewskiego, który służył w Dęblinie. „Skrzyżowały się drogi lotnika i kaczek. Zamęt powstał na ich loksodromie” – czytamy w wierszu.

Ale dreamlinery latają na wysokości znacznie większej, dokąd kaczki już nie docierają, więc w przypadku wspomnianego lotu do Chicago żadnego „zamętu” z kaczkami na loksodromie nie było. Zatem za Szczecinem leciał już nad Bałtykiem w kierunku cieśnin duńskich, potem wyleciał nad Morze Północne, Szkocję zostawił po lewej stronie i w ten sposób znalazł się nad Morzem Norweskim. Przeleciał potem nad Islandią i nad południową częścią Grenlandii, a następnie, po godzinnym, a może trochę dłuższym locie nad Atlantykiem, dotarł nad Półwysep Labrador i kierował się w stronę Wielkich Jezior.

Nad jednym z nich, konkretnie – nad Jeziorem Michigan, leży Chicago. W ten sposób, po blisko 10 godzinach od wylotu z Warszawy, dotarliśmy do Chicago, które powitało nas deszczem. Deszcz rzadko kiedy nastraja optymistycznie, więc i tym razem przystąpiły do nas czarne myśli tym bardziej, iż przed odlotem przyjaciel zdążył nas poinformować, iż politykowie z Volksdeutsche Partei, na szczęście nie wszyscy, ale niektórzy, już otwartym tekstem perorują o plusach dodatnich jeżeli nie wojny z Rosją, to przynajmniej – stanu wojennego, za pomocą którego udałoby się uniknąć ryzyka wyborów.

Więc chociaż przyjaciel życzył nam tyle samo udanych startów, co lądowań, to jednocześnie zauważył, iż może nie być już do czego wracać. Tak samo mówił starszy pan, Anglik, w swoim czasie, to znaczy – w czasie „zimnej wojny”, pilot bombowca Vulcan, przeznaczonego w RAF do uderzenia jądrowego na państwa Układu Warszawskiego. Każdy z tych bombowców miał zrzucić bomby jądrowe na wyznaczone cele, a potem wrócić do Anglii. – Nie byliśmy jednak pewni, czy będziemy mieli dokąd wrócić – wspominał po latach ów pilot.

„Mała, zwycięska wojna” bowiem wygląda korzystnie tylko dopóty, dopóki nie wybuchnie – o czym przekonałby się rosyjski minister Plehwe, gdyby nie zginął w zamachu. On też uważał, iż Rosji przydałaby się „mała, zwycięska wojna” i wojna rzeczywiście wybuchła, z Japonią, tylko iż nie okazała się wcale zwycięska. Kiedy Japonia militarnie rozgromiła Rosję, z inicjatywy amerykańskiego prezydenta Teodora Roosevelta, Rosja zawarła z Japonią pokój w Portsmouth, z którego w Warszawie naigrawano się, iż jest to „pokój z japońskim obiciem”.

Tymczasem o wojnie z Rosją ćwierkają nie tylko wszystkie wróbelki drobniejszego płazu, ale również rozmaici europejscy urzędnikowie, a w tej sytuacji wszystko staje się możliwe. Jedyna nadzieja w tym, iż rosyjski prezydent Putin, któremu od rana do wieczora wymyśla cały chór – nie powiem, iż wujów, bo w tym chórze są też osoby wyglądające na zacne, które się tylko dostrajają do tych głupszych, bo wiadomo, iż w kupie raźniej, bo kupy nikt nie ruszy – więc iż rosyjski prezydent Putin jaki tam jest, to jest – ale iż nie jest wariatem.

Myślę bowiem, iż tylko wariat, po kilkuletnich doświadczeniach z wojną na Ukrainie, która jest dla Rosji tak samo trudna, jak dla Stanów Zjednoczonych wojna w Wietnamie, nie będzie otwierał sobie drugiego frontu. Jak pamiętamy, Ameryka w Wietnamie nie wojowała przecież z Wietnamem, bo z nim by sobie jakoś poradziła – ale z całym Układem Warszawskim i z Chinami na dodatek.

Jak wiemy, Ameryka tę wojnę przegrała, a ściślej – nie mogła jej wygrać – więc się w końcu zniechęciła, zostawiając wietnamskich sojuszników na pastwę losu. Rosja na Ukrainie prowadzi wojnę z całym Sojuszem Atlantyckim oraz innymi wasalami Stanów Zjednoczonych, więc nie ma co się dziwić, iż jest to dla niej trudna wojna. Pewnie dlatego Książę-Małżonek, który uchodzi u nas za wyjątkowo tęgą głowę, publicznie ogłosił, iż NATO by Rosję pokonało, co niewątpliwie musiało zachęcić jegomościów znacznie od Księcia-Małżonka głupszych do propagandy wojennej.

Ze taką uprawia Wielka Brytania, to ani nic nowego, ani nic dziwnego. Wielka Brytania, choćby gdy rzeczywiście była jeszcze wielka, chętnie wysuwała do walki narody głupsze, nie troszcząc się specjalnie o ich los, byle tylko konflikt odpowiadał jakimś brytyjskim interesom.

Podobnie jest z Niemcami, które od kwietnia tego roku pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, to zn znaczy – gotowe są za pośrednictwem Unii Europejskiej zmusić członkowskie bantustany, żeby ukraińskich oligarchów futrowały i w ten sposób podsycały ich wojenny animusz – no a potem się zobaczy, czy z tej Ukrainy coś będzie, czy nie – bo jak nie, to zawsze będzie można ponownie nawrócić się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją.

Rozlanie się ukraińskiej wojny na państwa Europy Środkowej byłoby dla Ukrainy prawdziwym darem Niebios – czego prezydent Zełeński nigdy przecież choćby nie próbował ukrywać. Tyle, iż wtedy ukraiński Sztab Generalny de facto musiałby przejąć dowodzenie niezwyciężonymi armiami, nie tylko mocarstw bałtyckich, ale również niezwyciężoną armią polską – bo chyba nikt nie ma złudzeń, iż dowodzenie nią można by pozostawić tubylczym generałom.

Na szczęście następnego ranka zapanowała w Chicago piękna, słoneczna pogoda, więc pogodnego nastroju nie była w stanie zmącić choćby wiadomość, iż pan prezydent Karol Nawrocki właśnie podpisał ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, dzięki której obywatel Tusk Donald próbował go szantażować groźbą oskarżenia o maszerowanie na pasku koncernów ze szkodą dla interesów „Polaków”.

Ci prawda pan prezydent próbuje się obywatelu Tusku odgryzać, wytykając mu nieubłaganym palcem zadłużanie państwa i wpędzanie w ten sposób tubylczych obywateli w coraz głębszą niewolę lichwiarskiej międzynarodówki, ale na obywatelu Tusku takie rzeczy nie robią żadnego wrażenia, bo niby dlaczego miałyby robić, skoro pan prezydent informuje go o czymś, o czym on przecież nie może nie wiedzieć. Wygląda tedy, jakby pan prezydent po raz pierwszy cofnął się przed obywatelem Tuskiem.

Skoro raz się cofnął, to co będzie dalej? Czy będzie się cofał i cofał, aż zostanie wysadzony w powietrze „adwokackim” zamachem stanu, czy też poczeka, aż mu wyrośnie „wielka piącha” – jak to zrobił generał Jaruzelski? Ale z czego panu prezydentowi miałaby ta „wielka piącha” wyrosnąć? Obawiam się, iż ani on, ani nikt inny tego w ogóle nie wie, a skoro tak, to nic dziwnego, iż obywatel Tusk może w takiej sytuacji podjąć próbę odzyskania inicjatywy strategicznej?

Polecamy również: Leszek Żebrowski zaprasza na II Powojenną Konferencję Żydoznawczą

Read Entire Article