Rosyjski dron uderzył 13 września w lokomotywę pociągu Kijów-Warszawa na stacji Jagodzin, 2 km od granicy Polski. Ewakuowano 206 pasażerów, nikt nie ucierpiał. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” ostrzega, iż uderzenie miało zastraszyć Zachód. Dla Polski oznacza to konieczność twardej obrony granicy i jasnych procedur NATO.
Dron trafił w lokomotywę pociągu do Warszawy
Do ataku doszło w niedzielę 13 września na stacji Jagodzin w obwodzie wołyńskim, po ukraińskiej stronie granicy. Rosyjski bezzałogowiec trafił w lokomotywę pociągu pasażerskiego jadącego z Kijowa do Warszawy. Skład znajdował się około 2 km od terytorium Polski. Według PKP Intercity podróżowało nim 206 osób, bez obywateli polskich. System ostrzegania pozwolił ewakuować pasażerów i załogę, dlatego nikt nie został ranny.
Tego samego ranka inny dron uderzył w ciężarówkę około 800 metrów od przejścia Dorohusk-Jagodzin. Ruch na przejściu czasowo wstrzymano. Polskie samoloty wojskowe operowały w przestrzeni powietrznej RP, ale MON podało, iż granica nie została naruszona. To ważne rozróżnienie prawne i wojskowe. Nie zmienia ono faktu, iż rosyjski atak przy Dorohusku uderzył także w polski transport i zakłócił funkcjonowanie przejścia.
Zachodni politycy byli w pobliżu
Krótko przed uderzeniem przez Jagodzin przejechał pociąg z zachodnimi politykami i doradcami do spraw bezpieczeństwa. Byli w nim między innymi były premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson oraz były premier Szwecji Carl Bildt. W innym składzie stojącym na stacji znajdował się były dyrektor CIA David Petraeus. Ukraińskie koleje oceniły, iż prawdopodobnym celem mógł być pociąg dyplomatyczny, który odjechał wcześniej. To ocena strony ukraińskiej, a nie rozstrzygnięty fakt.
Reinhard Veser, komentator „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, uznał, iż uderzenie miało odstraszyć zachodnich decydentów od podróży do Kijowa i osłabić wsparcie dla Ukrainy. Taki skutek już jest widoczny: Berlin wstrzymał podróże polityków na Ukrainę po ataku. Moskwa nie musi przekroczyć granicy NATO, aby wywołać polityczny lęk po jej zachodniej stronie. Wystarczy, iż podnosi ryzyko tuż obok niej.
Alarm dla Warszawy i test dla NATO
Niemiecki publicysta zwrócił uwagę, iż rosyjskie uderzenia zbliżają się do terytorium państwa Sojuszu. Postawił też pytanie o reakcję NATO, gdyby następnym razem uszkodzona została polska infrastruktura albo zginęli funkcjonariusze Straży Granicznej. Sekretarz generalny NATO Mark Rutte nazwał atak lekkomyślnym i niebezpiecznym działaniem blisko terytorium Sojuszu oraz zapowiedział dalsze wsparcie dla Ukrainy.
Słowa o jedności nie mogą zastąpić procedur. Polska musi wiedzieć, kto i na jakim szczeblu podejmuje decyzję w razie drona lecącego na przejście graniczne, jak gwałtownie działa obrona przeciwlotnicza oraz jakie siły sojusznicze są dostępne. Obrona wschodniej flanki jest wiarygodna wtedy, gdy za deklaracją stoi gotowość do działania.
Polska potrzebuje własnej zdolności obrony
Atak w Jagodzinie nie daje podstaw do paniki, ale odbiera prawo do samozadowolenia. Rosja sprawdza reakcje, podnosi koszt podróży na Ukrainę i oswaja Europę z uderzeniami coraz bliżej Polski. Odpowiedzią Warszawy powinny być sprawna osłona przeciwlotnicza i przeciwdronowa, ochrona przejść oraz infrastruktury kolejowej, a także twarde ustalenia z NATO.
Polska solidarność z napadniętą Ukrainą musi iść w parze z chłodnym rachunkiem własnego bezpieczeństwa. Nasza granica nie może być miejscem, przy którym Kreml bezkarnie testuje odporność Zachodu. Państwo ma obowiązek przygotować się na najgorszy wariant, zanim rosyjski bezzałogowiec zmusi je do działania pod presją czasu.
Źródła: Wirtualna Polska, Associated Press, NATO
Źródło: WP Wiadomości


















