Radzikowski: Wolność słowa i jego wrogowie

myslpolska.info 1 hour ago

Art. 54 Konstytucji RP stanowi, że: „każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Przepis ten przewiduje także, iż cenzura prewencyjna środków masowego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”.

Niezależnie od prawa krajowego wolność słowa gwarantowana jest również przez akty prawa międzynarodowego. Art. 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że: „każdy człowiek ma prawo do swobody poglądów i wypowiedzi. Z kolei art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka zapewnia każdemu prawo wolności wyrażania opinii, w tym wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei, bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Podobne gwarancje zapewnia także art. 11 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej.

Tyle stanowi litera prawa. A jak wygląda to w praktyce? Otóż prawda jest taka, iż zarówno w Polsce, jak i w innych krajach europejskich – swoboda wypowiedzi i prawo wyrażania własnych przekonań są systematycznie ograniczane. Pretekstem do takich działań jest walka z tak zwaną „mową nienawiści”. Pojęcie to stało się ostatnio bardzo modne, choć tak naprawdę jest trudne do zdefiniowania, nieostre i wykorzystywane instrumentalnie do bieżącej walki politycznej. Z reguły służy obronie różnego rodzaju mniejszości, rzekomo narażonych na dyskryminację. W rezultacie, w imię politycznej poprawności oraz zwalczania „mowy nienawiści” zakres wolności słowa staje się coraz węższy. Proces ten przebiega na różne sposoby.

Po pierwsze – obowiązuje cenzura w internecie, a w szczególności w obrębie tak zwanych mediów społecznościowych. Za jedno niepoprawne politycznie zdanie, a choćby za używanie określonych słów i określeń, można zostać zablokowanym lub w przypadku kanałów udostępniających materiały filmowe – zdemonetyzowanym. Obowiązują bowiem określone algorytmy, wychwytujące niepożądane treści. Oczywiście można składać reklamacje, ale często przypomina to przysłowiową walkę z wiatrakami. Po drugie – zbyt szczere przedstawianie swoich poglądów, a zwłaszcza zbyt dosadna krytyka określonych osób bądź środowisk, może narazić nas na poważne konsekwencje prawne.

Jako argument dla ograniczania wolności wypowiedzi pojawia się stwierdzenie, iż wolność słowa nie ma charakteru absolutnego, zaś granicą, której nie można przekraczać są prawa i dobra osobiste innych osób. Co do zasady można się z powyższą tezą zgodzić. Jednakże pytanie brzmi, czy to aparat państwa środkami karnymi i administracyjnymi winien ograniczać konstytucyjną wolność wypowiedzi i wyrażania swoich opinii? Każdy pokrzywdzony ma bowiem możliwość dochodzenia swoich praw i roszczeń na drodze cywilnej. Problem polega również na tym, iż granica pomiędzy dozwoloną krytyką, a naruszaniem dóbr osobistych jest niekiedy bardzo płynna i zależy od interpretacji. Dotyczy to między innymi ściganych z oskarżenia prywatnego przestępstw znieważenia (art. 216 k.k.) oraz zniesławienia (art. 212 k.k.).

Przyjrzyjmy się jednak innym przepisom wprowadzającym ograniczenia prawne w zakresie wolności słowa. Dotyczy to na przykład art. 257 kodeksu karnego, który stanowi, iż ten kto publicznie znieważa grupę ludności lub poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości podlega karze więzienia do lat 3. Oczywiście znieważanie kogokolwiek z wyżej wymienionych przyczyn jest zjawiskiem niepożądanym, jednak nie zmienia to faktu, iż powyższa regulacja daje pole do różnych nadużyć i nadinterpretacji. Doświadczył tego pewien internauta, który zamieszczał w mediach społecznościowych wpisy potępiające banderyzm. Przedstawienie mu zarzutów było o tyle absurdalne, iż jak powszechnie wiadomo nie ma narodu banderowskiego, jak również nie wszyscy Ukraińcy są zwolennikami ideologii banderyzmu. Równie ryzykowne są negatywne wypowiedzi na temat osób narodowości żydowskiej oraz ich roli w polskiej historii. Zawsze można być posądzonym o antysemityzm, uznawany za formę rasizmu. Nie słyszałem natomiast o przypadku postawienia komuś zarzutu znieważania narodu rosyjskiego, pomimo tego, iż w mediach pełno jest nienawistnych wypowiedzi i wpisów dotyczących Rosji i Rosjan (i to nie zawsze w związku z wojną na Ukrainie). Jak widać o wszystkim decyduje „mądrość etapu”.

Z podobnych przyczyn dość swobodnie interpretowany może być również art. 256 § 1 kodeksu karnego przewidujący karę do 3 lat więzienia za propagowanie nazistowskiego, komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa lub nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość. Oprócz sytuacji w miarę oczywistych, możemy mieć do czynienia z przypadkami wątpliwymi i dyskusyjnymi. I nie chodzi tutaj bynajmniej o przypadek tłumaczenia wiadomych gestów chęcią zamówienia pięciu piw.

Sprawa jest bardziej poważna. Już samo zdefiniowanie nazizmu, faszyzmu, czy komunizmu jest zadaniem trudnym dla historyków, a co dopiero dla prawników. Spory toczą się również wokół pojęcia totalitaryzmu. Pewne środowiska przyjmują rozszerzającą do granic absurdu interpretację faszyzmu – najczęściej w ramach bieżącej walki politycznej i bez żadnego kontekstu z faktami historycznymi. Na przykład upadły i słusznie zapomniany już polityk Janusz Palikot określał mianem „faszysty, hitlerowca i antysemity” Romana Dmowskiego [1]. Co ciekawe, środowiska lewicowo-liberalne, tak często tropiące „rodzimy faszyzm”, nie widzą problemu w propagowaniu ideologii i symboliki banderyzmu. Jak również powszechnie wiadomo, większość sejmowa na czele z Koalicją Obywatelską była przeciwna nowelizacji art. 256 § 1 k.k. przewidującej penalizację banderyzmu.

Szerokie pole do swobodnej interpretacji daje też art. 117 § 3 kodeksu karnego, dotyczący nawoływania do wszczęcia lub publicznego pochwalania wojny napastniczej. Wątpliwości pojawiają się w przypadku samego terminu wojny napastniczej. Czy odpowiedź zbrojna na liczne prowokacje drugiej strony może być uznana za wojnę napastniczą? Czy potencjalne zagrożenie terrorystyczne daje prawo do agresji zbrojnej na inne państwo? Czy zatem inwazja USA na Irak w 2003 roku, w której brali udział polscy żołnierze, była wojną napastniczą? Jak powszechnie wiadomo powyższe działania nie zostały usankcjonowane przez Radę Bezpieczeństwa ONZ i były niezgodne z Kartą Narodów Zjednoczonych, a ponadto wbrew upowszechnianej propagandzie w Iraku nie znaleziono żadnych aktywnych programów produkcji, ani też pokładów broni masowego rażenia. Czy ktokolwiek poniósł w tym przypadku odpowiedzialność już choćby nie za pochwalanie wojny napastniczej, ale wręcz za wciągnięcie Polski do wojny o takim charakterze? Nie słyszałem również o zarzutach wobec osób pochwalających publicznie inwazję Izraela na Iran, czy też atak USA na Wenezuelę, by poprzestać tylko na tych przykładach.

Tytułem podsumowania trochę statystyki. jeżeli wierzyć danym udostępnionym na stronie World of Statistics – rankingowi państw z największą liczbą aresztowanych za wpisy w internecie przewodzi Wielka Brytania z liczbą ponad 12000 aresztowanych. W tym niechlubnym zestawieniu następne miejsca zajmują: Białoruś (ponad 6000), Niemcy (ponad 3500) oraz Chiny (około 1500). W przypadku Polski wskazana została liczba około 300 aresztowanych. Rzecznik Prokuratury Krajowej Przemysław Nowak danych tych nie potwierdził, stwierdzając, iż „nie ma pojęcia skąd to wzięli i co to oznacza” [2]

Michał Radzikowski

[1] „Palikot: Dmowski? Faszysta, hitlerowiec, antysemita” – https://sport.wprost.pl/, 10 listopada 2012,

[2] Gabriela Sieczkowska: „Polska w światowej czołówce aresztowań za wpisy” w sieci. „Skąd to wzięli” – Konkret24 Polska, 11 stycznia 2026.

Read Entire Article