Artykuł red. Łukasza Jastrzębskiego „Rusofobia, rusofilia i realizm” skłonił mnie do pewnych przemyśleń i wniosków. Nie zamierzam polemizować z Autorem, gdyż zasadniczo popieram przedstawione przez niego tezy, jednak nieco inaczej rozłożyłbym akcenty. W swoim tekście red. Jastrzębski odniósł się głównie do rusofobii, a nie rusofilii, co jest poniekąd zrozumiałe, gdyż w maistreamowych mediach pisze się o Rosji prawie wyłącznie źle. Autor trafnie rozprawił się z postawami rusofobicznymi jako całkowicie irracjonalnymi i szkodliwymi dla Polski, jak również słusznie stwierdził, iż obecna wojna kiedyś się skończy, a „ułożenie sobie normalnych stosunków z Federacją Rosyjską jest fundamentalne dla polskiego interesu narodowego”. Również ja wielokrotnie podkreślałem, iż nie mamy żadnych sporów terytorialnych ani narodowościowych z Federacją Rosyjską, a notoryczne zaognianie relacji z Rosją jest szkodliwe i niebezpieczne dla naszego kraju.
Problem z Rosją jest jednak znacznie bardziej skomplikowany. Jak słusznie zauważył red. Jastrzębski – „władzom na Kremlu tak naprawdę Polska nie jest do niczego potrzebna” i „przed rokiem 2022 była w Rosji mało zauważalna”. I tu jest sedno sprawy. Federacja Rosyjska jako supermocarstwo gra w zupełnie innej lidze niż Polska. Rosja podobnie jak USA jest państwem ze swej istoty imperialnym (co nie jest w żadnym wypadku zarzutem, ale konstatacją stanu rzeczy) i mającym zupełnie odmienne cele geostrategiczne. Potencjał i pozycja międzynarodowa Rosji wymusza na niej stałe zabieganie o utrzymanie oraz poszerzanie własnych stref wpływów. Nie wierzę, iż choćby po znormalizowaniu wzajemnych relacji możemy być dla Rosji równoprawnym partnerem. Ewentualna próba odwrócenia sojuszy może prowadzić jedynie do zmiany hegemona.
Po wtóre – nie wierzę w realną możliwość przywrócenia dobrosąsiedzkich stosunków z Rosją w bliskiej perspektywie czasowej. Trudno zresztą mówić o przywróceniu dobrosąsiedzkich stosunków, bo nie pamiętam kiedy takie w ogóle były. choćby w czasach PRL, kiedy sojusz z ZSRR był głównym wyznacznikiem polskiej polityki zagranicznej i opierał się na bliskości ideologicznej partii rządzących oboma krajami – trudno było mówić o zbieżności interesów i autentycznym partnerstwie. Dostrzegali to zarówno Władysław Gomułka, jak i Mieczysław Moczar. Ten pierwszy w wyniku intrygi uknutej za wiedzą i przyzwoleniem strony radzieckiej stracił władzę w 1970 roku, a ten drugi – nie miał szans na schedę po Gomułce tylko dlatego, iż decydenci na Kremlu uznali go za „polskiego nacjonalistę”. To doskonale obrazuje jaki charakter miała przyjaźń polsko-radziecka i jakie było to partnerstwo. Rozbieżności pomiędzy oficjalną propagandą, a rzeczywistością były czytelne niemal dla wszystkich. Nie mieli złudzeń w tym zakresie choćby prominentni działacze PZPR, jak na przykład Franciszek Szlachcic, który w przypływie szczerości stwierdził kiedyś, iż przyjaźń polsko-radziecka powinna być jak dobra herbata – mocna, ale nie przesłodzona. Ktoś powie, iż współczesna Rosja jest zupełnie innym krajem niż Związek Radziecki. To prawda. Należy także pamiętać, iż głównymi ofiarami ludobójczych praktyk czasów stalinizmu i beriowszczyzny byli sami Rosjanie, a najważniejsze funkcje w aparacie represji zajmowali często przedstawiciele innych nacji. Pomimo tego, to Federacja Rosyjska jest głównym następcą prawnym i sukcesorem Związku Radzieckiego, przejmując większość zasobów, a także zobowiązania międzynarodowe byłego ZSRR. W związku z powyższym, Rosja dziedziczy zarówno chwalebne dokonania (np. największy wkład w pokonanie hitlerowskich Niemiec), jak i ciemne karty zapisane w historii Związku Radzieckiego.
Tym bardziej niezrozumiałe są dla mnie bezkrytyczne hołdy na rzecz Rosji oraz Władimira Putina, pojawiające się czasami w różnych komentarzach na grupach i forach internetowych. Tego typu wypowiedzi są psychologicznie uzasadnione – stanowią wyraz sprzeciwu wobec zakłamanej i skrajnie szkodliwej narracji elit, wciągających nas w nie swoją wojnę i trwoniących publiczne pieniądze na pomoc niesprzyjającemu nam państwu. Niektórzy uznają, iż skoro w oficjalnym przekazie Rosja jest państwem zbrodniczym, a Putin – wcieleniem wszelkiego zła, to musi być odwrotnie. Na zasadzie oporu i przekory – idealizują Rosję, a jej przywódcę traktują niemalże jak „katechona” i zbawcę ludzkości. Nic bardziej mylnego. Rosja jest państwem, w którym nie ma co prawda licznych patologii obecnych na Zachodzie, ale występuje wiele różnego rodzaju problemów (m.in. korupcja, niedobór siły roboczej, podobny jak w państwach zachodnich kryzys demograficzny). Równie absurdalne jest idealizowanie Władimira Putina, który jest co prawda sprawnym, ale ideologicznie nijakim przywódcą, zabiegającym co najwyżej o interesy Federacji Rosyjskiej. To typowy technokrata, który przez długi czas po objęciu władzy realizował opcję prozachodnią, zwalczając zarówno komunistów, jak i nacjonalistów. Dopiero gdy przywódcy świata zachodniego odrzucili możliwość współpracy z Rosją, czego wyrazem był szczyt NATO w Bukareszcie w 2008 roku – Władimir Putin przejrzał na oczy i zmienił pryncypia rosyjskiej polityki zagranicznej.
Reasumując, jestem zdania, iż zarówno rusofobia, jak i rusofilia są zjawiskami społecznie szkodliwymi. W polityce nie ma bowiem przyjaciół i wrogów, ani też stałych sojuszy – liczą się wyłącznie interesy, które zmieniają się w czasie. Realizm polityczny polega na trzeźwej analizie bieżącej sytuacji geopolitycznej i zachowaniu zdrowego rozsądku w podejmowaniu decyzji. Oczywiście zgadzam się, iż należy zabiegać o normalizację stosunków polsko-rosyjskich. Jest również oczywistym, iż należy przeciwstawiać się szerzeniu rusofobii, podobnie jak i innych przejawów nienawiści na tle narodowościowym. Na wiele bym jednak nie liczył. Spójrzmy na fakty. Z sondażu CBOS wynika, iż niechęć do Rosjan przejawia aż 74% respondentów, a sympatię jedynie 7%. W analogicznym badaniu przeprowadzonym w Rosji – aż 70% Rosjan deklarowało negatywne nastawienie do Polski, a jedynie 16% pozytywne. Jak zatem widać – wzajemne uprzedzenia i resentymenty pomiędzy Polakami a Rosjanami są bardzo duże, co wynika zarówno z trudnej historii, jak i złej woli polityków. Niestety podsycanie wrogości jest czasami opłacalne politycznie, co dotyczy obu stron. Potrzeba wielu lat i dużej wytrwałości żeby wzajemne animozje zasypać. Dlatego choćby w przypadku resetu w stosunkach międzynarodowych i poprawy stosunków pomiędzy Rosją a USA, trudno oczekiwać, iż podobne procesy zajdą w relacjach polsko-rosyjskich. Uznawanie Rosjan za potencjalnych sojuszników jest zatem wyrazem daleko posuniętej naiwności i przejawem myślenia życzeniowego. Dla Rosji jesteśmy bowiem nieistotnym podmiotem na arenie międzynarodowej. Dopiero budowanie trwałego porozumienia z państwami Europy Środkowej i Wschodniej (Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Serbia, Białoruś) oraz niektórymi krajami grupy BRICS może sprawić, iż realna będzie rzeczywista i partnerska kooperacja z państwami o znacznie większym potencjale, takimi jak Chiny, czy Rosja. I na budowaniu takiego partnerstwa powinniśmy się skoncentrować.
Michał Radzikowski

















