Skandal wokół wypowiedzi ambasadora Stanów Zjednoczonych w Warszawie związany z jego wściekłymi atakami na marszałka Sejmu (za to, iż zakwestionował kwalifikacje Donalda Trumpa do uzyskania Pokojowej Nagrody Nobla) i premiera (za to, iż marszałka Sejmu ośmielił się bronić) jest tego rodzaju kryzysem, który w istocie stwarza szansę.
Często zdarza się tak, iż coś, co stanowi na pierwszy rzut oka duży problem, w istocie otwiera przed nami nowe możliwości. Tak jest i tym razem. Polska polityka podległości i ślepego zapatrzenia w Waszyngton ma już tak długą historię i wydaje się być do tego stopnia czymś naturalnym i oczywistym, iż nie wyobrażamy sobie układu innego, zdrowszego. Przez dekady rządzący naszym krajem wyrażali wolę uległości na wszelkie możliwe sposoby. Najbardziej plackiem przed waszyngtońskimi kuratorami leżeli ci, którzy najgłośniej mówili o konieczności wstawania z kolan. Oni zresztą robią to do dzisiaj, kompletnie nie rozumiejąc zmieniającej się rzeczywistości międzynarodowej lub nie chcąc jej zrozumieć.
Wypowiedzi Thomasa Rose’a są do tego stopnia brutalne, obcesowe i jednoznaczne, iż nie można ich nie zauważyć. Odrębną sprawę stanowi ich motywacja. Niektórzy uważają, iż Rose przygotowuje z rozmysłem grunt pod wycofanie się Amerykanów z naszej części Europy. Twierdzą, iż wypowiedzi ambasadora to element przemyślanej strategii, część planu uzasadnienia geopolitycznej rejterady z Europy Środkowej. Wydaje się jednak, iż zbyt wysoko oceniają oni tym sposobem znaczenie Polski z punktu widzenia polityki amerykańskiej. Amerykanie nie potrzebują żadnych pretekstów czy politycznych uzasadnień do ewentualnego porzucenia naszego regionu. jeżeli dojdą do wniosku, iż takie wycofanie się z Polski leży w ich interesach, po prostu to zrobią, bez szczególnego tłumaczenia czy wyjaśniania motywów decyzji. Szereg stanowisk w administracji amerykańskiej obsadzanych jest za zgodą lub kontrasygnatą osławionego deep state. Do takich stanowisk nie należy jednak urząd ambasadora w średniej wielkości kraju środkowoeuropejskim. Thomas Rose znalazł się w Warszawie nie dlatego, iż wysłały go tu potężne, ukryte struktury amerykańskiej klasy rządzącej. Objął stanowisko, bo tak chciał Donald Trump. Rozumiejąc to i nie będąc przy tym w najmniejszym stopniu dyplomatą, zdecydował się na prymitywne podlizanie się swojemu pryncypałowi. Najzwyczajniej w świecie zdaje sobie sprawę, iż infantylne ego Trumpa właśnie takich gestów potrzebuje. Nie jest to żadna strategia ani głęboko przemyślany plan.
Dla Polski szansa po wypowiedziach Rose’a polega na tym, iż – według pierwszych pojawiających się badań – możemy zauważyć wyraźne oburzenie społeczne zachowaniem „namiestnika” Waszyngtonu. Ambasador Stanów Zjednoczonych naruszył te struktury godnościowe polskiej mentalności, których zachwianie powoduje jednoznaczną niechęć. Liberalni atlantyści będą niezmiennie próbowali skierować tą niechęć ku administracji Donalda Trumpa, wskazując, iż trumpizm to fenomen w Ameryce przejściowy, a po jego ustąpieniu wszystko wróci do idyllicznej normy. Tak jednak nie jest. Waszyngton Trumpa wszedł na ścieżkę, z której Stany Zjednoczone już nie zawrócą. Ścieżkę, na której nikt już nie ukrywa, iż Europa jest obszarem półperyferyjnym, ale potencjalnie wrogim interesom amerykańskim, a adekwatnie mającym interesy odrębne.
Thomas Rose zagroził jednemu z internautów wycofaniem polskich wojsk z naszego kraju. Można mieć tylko nadzieję, iż do takiego wycofania rzeczywiście dojdzie. Podobnie jak można pomyśleć o zmniejszeniu zależności Polski od amerykańskiego gazu i wycofaniu się z preferencji wobec amerykańskich korporacji, które do tej pory kształtowały polskie przepisy prawa zgodnie z własnym interesem (przypadki Discovery i Ubera to tylko wierzchołek góry lodowej). Oburzenie wywołane słowami Rose’a może zatem dodać nieco odwagi polskiej klasie politycznej, spowodować, iż zacznie ona myśleć o nieco innych, bardziej zrównoważonych sojuszach niż układ uniżonej podległości wobec Waszyngtonu. Chyba iż ślepy atlantyzm jej przedstawicieli sprawi, iż będą po raz kolejny udawać, iż nic się nie stało albo cieszyć się z kolejnych splunięć w twarz, w czym celuje najbardziej uległa od lat ośrodkom zewnętrznym formacja w naszym kraju – PiS. Pojawił się jednak cień nadziei, choć bardzo wątłej.
Mateusz Piskorski
Myśl Polska, nr 7-8 (15-22.02.2026)








