Donald Trump, dokonując ataku na Wenezuelę, do tej pory suwerenny kraj Ameryki Południowej, na podstawie wyssanych z palca zarzutów dotyczących „przemysłu” narkotykowego i obrotu nimi, stracił już całą wiarygodność i sympatię – sądzę, iż w oczach setek milionów ludzi, przede wszystkich spośród tych, którzy poparli go w USA, ale także i tych, którzy kibicowali mu na całym świecie, widząc w nim lidera ruchu tradycjonalistycznej kontrrewolucji przeciw globalizmowi, tego, który zapowiadał porzucenie hegemonicznej polityki USA, polityki świata jednobiegunowego, w którym jedynym żandarmem są Stany Zjednoczone, a tym samym, porzucenie polityki „regime change”.
Nic z tych rzeczy, Trump zawiódł na całej linii. Owszem, ktoś powie, iż przez cały czas jest jedynym ważnym graczem Zachodu, który w jednobrzmiącym tumulcie głosów wzywających do wojny z Rosją aż do ostatecznego zwycięstwa, próbuje dojść do czegoś na kształt pokoju w zastępczej wojnie NATO z Rosją, prowadzonej rękami Ukrainy. I z braku laku dobry i kit. jeżeli unikniemy wojny choćby na tym kierunku, będzie to jednak pozytyw.

Niemniej, trudno nie zauważyć okoliczności, jakie temu towarzyszą. Trump i USA – mówiąc kolokwialnie – pogrywają sobie z Rosją, jak z kimś może nie bezradnym, ale na pewno jak z tzw. junior partnerem. Władze Rosji wyraźnie postawiły na porozumienie z Trumpem, rozumiejąc, iż jest on, ponad wojnę, zainteresowany finansowymi korzyściami płynącymi z porozumienia z Rosją. Jednocześnie, gdzie tylko chce i może (a może wiele), robi sobie z Rosji żarty, mało śmieszne, zwłaszcza, kiedy uświadomimy sobie, co za tym stoi. A fakty są takie, iż to Trump prowadzi dalej wojnę z Rosją, występując jednocześnie w roli strony konfliktu wojennego i rozjemcy. Tylko słabość Rosji, m.in. niezdolność do pokonania Ukrainy przez cztery już lata, pustosłowie w określaniu kolejnych czerwonych linii, za przekroczeniem których nic nie idzie, poza kpiną uprawianą szeroko przez Zachód, może tłumaczyć podobne, niespotykane dotąd w historii zachowania. Wszak to Trump nałożył kolejne sankcje na Rosję, groził wielu krajom w wypadku niezastosowania się do nich. To Trump wchodzi na Kaukaz, manipulując Azerbejdżanem i Armenią, szachując Rosję. Jak podał ostatnio brytyjski „The Telegraph” CIA za przyzwoleniem Trumpa już od czerwca 2025 przekazywała Ukraińcom precyzyjne dane wywiadowcze, które umożliwiały skuteczniejsze ataki powietrzne na rosyjskie rafinerie ropy naftowej. „The New York Times” podał z kolei, iż CIA zaangażowane jest w ściganie tzw. floty cieni rosyjskich tankowców. Natomiast „New York Post” wskazuje na manipulowanie Trumpem przez CIA w sprawie domniemanych ataków dronowych Ukrainy na rezydencję Putina. To wszystko dotyczy bezpośrednio Rosji.
A sprawy globalne? Jak mówią liczni amerykańscy eksperci, tzw. rozejm pomiędzy Izraelem a Strefą Gazy jest w istocie przykrywką dla dalszych bezczelnych postępów żydowskiego państwa w drodze do likwidacji resztek Autonomii Palestyńskiej (obok Strefy Gazy trwa bowiem izraelska akcja osadnicza na Zachodnim Brzegu). Ted Snider w „The American Conservative”, pisząc w listopadzie spodziewał się kolejnych ataków Trumpa na kraje rzekomo grożące interesom USA. Pisał o Nigerii i atak lotnictwa amerykańskiego już nastąpił. W Święta USA zaatakowały Somalię, a teraz Wenezuelę. Z listy Snidera pozostał jeszcze Iran, który raz już został zaatakowany w interesie Izraela. A ponieważ Trump wcześniej przyznał publicznie, iż Iran w tej chwili nie prowadzi programu atomowego, to pretekstem ma być program rakietowy (konwencjonalny). Nadto, jak wskazuje Philip Giraldi, podczas spotkania Trumpa z Netanyahu, sprzed kilku dni, prezydent USA zapowiedział nie tylko kolejny atak na Iran w interesie Izraela oraz interwencję USA w obronie „oddolnych protestów” w Iranie, ale i Netanyahu mógł nakłaniać go do przyjęcia koncepcji sieci eksterytorialnych organizacji skupionych pod hasłem „Jewish People’s Guard” (Żydowska Straż Ludowa) lub „Jewish Defense League” (Żydowska Liga Obrony), które miałyby zwalczać antysemityzm w USA i krajach wasalnych Stanów Zjednoczonych, na wzór tworzonych w Australii „Community Security Group” (Społecznych Grup Bezpieczeństwa). Miałyby być one powiązane z wywiadem Izraela, przezeń szkolone i uprawnione do noszenia broni.
Obraz jaki nam się jawi, to dalszy ciąg jednobiegunowego świata, świata hegemonii USA, które pełniąc rolę globalnego żandarma nie liczy się z nikim i z niczym. Najsmutniejsze jest to, iż Donald Trump dokładnie z takich zachowań, tj. z kolejnych wojen prowadzonych na całym świecie, z działań zmierzających do tzw. zmiany reżimu, i zwłaszcza z absurdalnych uzasadnień wszelkich tego typu działań, jeszcze nie tak dawno dworował sobie bez ograniczeń. Dzisiaj robi to samo. W sprawie Ukrainy jesteśmy skazani na jego kaprysy i dobry humor, bo o dobrej woli chyba nie warto w tym miejscu choćby wspominać. Jesteśmy skazani, jako świat, bo po prostu nie mamy innego wyjścia wobec słabości i niechęci do angażowania się innych podmiotów mogących stanowić bieguny świata multipolarnego.
Trumpowi jednak tylko wydaje się, iż jest panem sytuacji, otoczonym pacynkami, które mu służą, bądź z braku mocy muszą skakać jak on zaordynuje. W cyklicznych programie „Czytamy i myślimy. Przegląd mediów międzynarodowych”, w najnowszym wydaniu, omawiamy z Kol. Mateuszem Piskorskim, artykuł Alaina de Benoist „Powiedziałeś „dominacja?”. Jest tam zawarta ważna myśl. Współczesna alienacja prowadzi do wywłaszczenia jaźni, tj. nie ma już tożsamości między człowiekiem a jego jaźnią. Powoduje to, iż zdominowani, nieświadomi tej alienacji, popadają w dobrowolne poddaństwo, są zakochani w łańcuchach, które ich krępują. Nie sposób nie zauważyć podobieństw między tą konstrukcją teoretyczną a praktyką Trumpa, któremu wydaje się, iż panuje nad Izraelem i jest zakochany w Netanyahu…
Ale Trumpowi wydaje się też, iż ci, którzy go wybrali, żywią do niego nieprzemijającą miłość. To drugi błąd, który już w najbliższych wyborach cząstkowych do Kongresu może odbić się na stanie posiadania Trumpa, jak również w nowych wyborach prezydenckich na sytuacji, dajmy na to, J.D. Vance’a lub innego kandydata.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do nieszczęsnej Wenezueli. Co do zarzutów USA wobec tego państwa pozwolę sobie zacytować wspomniany już artykuł Teda Snidera:
„Groźba wojny z Wenezuelą opiera się na dwóch przesłankach. Po pierwsze, wenezuelskie kartele narkotykowe to organizacje terrorystyczne, które stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA, ponieważ zamieniły Wenezuelę w śmiertelne źródło narkotyków napływających do Stanów Zjednoczonych. Po drugie, na czele karteli narkotykowych stoi prezydent Wenezueli Nicolás Maduro.
Podobnie jak w przypadku Iranu, żadne z założeń nie jest prawdziwe.
Fałszywość pierwszego z nich ujawnia Światowy raport UNODC dotyczący narkotyków z 2025 r., w którym Wenezuelę ocenia się jako terytorium zasadniczo wolne od upraw liści koki, konopi indyjskich i podobnych upraw. Z raportu wynika, iż jedynie około 5 procent kolumbijskich narkotyków tranzytuje przez Wenezuelę. Europejski raport narkotykowy UE 2025 choćby nie wspomina o Wenezueli. Według obecnych i byłych urzędników amerykańskich chociaż większość łodzi zatopionych przez armię amerykańską znajdowała się w przejściu między Wenezuelą a Trynidadem i Tobago, tym korytarzem nie transportuje się fentanylu ani narkotyków do Stanów Zjednoczonych. Większość to marihuana w drodze do Afryki Zachodniej i Europy. Według amerykańskiej Agencji ds. Walki z Narkotykami 90 procent kokainy przewożonej tranzytem do USA trafia przez Meksyk, a nie Wenezuelę. A Wenezuela nie jest źródłem fentanylu.
Fałszywość drugiej przesłanki ujawnia memorandum „sense of community” (poczucie wspólnoty) z dnia 7 kwietnia 2025 r., w którym zebrano ustalenia 18 agencji wywiadowczych USA i zostało opublikowane przez Biuro Dyrektora Wywiadu Narodowego [czyli Tulsi Gabbard]. W memorandum stwierdza się, iż „reżim Maduro prawdopodobnie nie ma polityki współpracy z TDA [Tren de Aragua – kartel narkotykowy] i nie ukierunkowuje TDA do przeprowadzania operacji w Stanach Zjednoczonych”. Stwierdza, iż społeczność wywiadowcza „nie obserwowała, aby reżim kierował TDA”. Co więcej, w memorandum stwierdzono, iż „wenezuelski wywiad, wojsko i policja postrzegają TDA jako zagrożenie dla bezpieczeństwa i działają przeciwko niemu w sposób, który sprawia, iż jest wysoce nieprawdopodobne, aby obie strony współpracowały w strategiczny lub spójny sposób”. Wenezuelska Gwardia Narodowa aresztowała członków TDA, a „wenezuelskie siły bezpieczeństwa okresowo angażowały się w starcia zbrojne z TDA”.
To jeszcze suwerenne państwo miało w sobie dwa zasadnicze zalążki widma nadchodzącej klęski. Po pierwsze, Nicolas Maduro (porwany i wywieziony z kraju do Nowego Jorku przez służby USA i oskarżony o… stanie na czele kartelu!!!) nie potrafił rządzić tak jak Hugo Chavez. Po drugie, zaprzedane USA elity, gotowe zniszczyć samodzielność własnej ojczyzny, w imię wykrojonego przez amerykańskiego hegemona małego fragmentu administracji podbitym krajem. I pewnie z osobistym zabezpieczeniem finansowym. Ceną za tą małostkowość będzie utrata suwerenności i położenie łapy przez firmy amerykańskie na naturalnych zasobach Wenezueli, bo o to przecież od początku chodzi. Dolarowe „elity” już czekają na swój kawałek sukna. Z panią Marią Coriną Machado, „przypadkową” i „niespodziewaną” laureatką Pokojowej Nagrody Nobla (najbardziej chyba zdewaluowanej nagrody jaka w tej chwili istnieje), na czele.
I ta beznadziejna słabość Rosji, sojusznika Wenezueli, która może tylko werbalnie protestować. I milczenie innych. Ale może się mylę – zobaczymy. Rosja stoi przed wyborem – oczywiście nie wyborem, który pomoże Wenezueli – jej już nie można pomóc – Rosja traci tego sojusznika jak wcześniej straciła Syrię. Testem i wyborem będzie dalsze trwanie bądź zerwanie przez Rosję tzw. negocjacji pokojowych w sprawie Ukrainy. Ja złudzeń nie posiadam, a co Państwo sądzą?
Adam Śmiech


















