Trwa wojna władz w Kijowie z rosyjskimi dziedzictwem Ukrainy. Jednym z frontów tej wojny jest konsekwentne wymazywanie z pamięci faktu, iż jednym z najbardziej znanych Kijowian był światowej sławy pisarz rosyjski Michaił Bułhakow, znany w Polsce choćby z powieści „Mistrz i Małgorzata” czy „Biała gwardia”.
Jak informuje ukraiński opozycyjny wobec Zełenskiego portal strana.ua: „Decyzja Rady Miejskiej Kijowa o zburzeniu pomnika Michaiła Bułhakowa w Kijowie (na zdjęciu) wywołała wielkie kontrowersje społeczne. Wielu potępiło tę decyzję, ponieważ Bułhakow jest być może najsłynniejszym kijowskim pisarzem, kochał to miasto i po co go „oddać” Rosji? Nie ma potrzeby dawać takich talentów Moskwie. Inni są oburzeni, iż w warunkach brutalnej wojny i ostrzału, najtrudniejszej sytuacji w sektorze energetycznym, władze poświęcają czas na burzenie pomników. Zwolennicy i inicjatorzy rozbiórki podkreślali, iż rzekomo był „ukrainofobem” i w swojej pracy dyskredytował ukraiński ruch narodowy.
Tymczasem ta dyskusja odchodzi od prawdziwych powodów, dla których Bułhakow znajduje się w tej chwili na listach zakazanych na Ukrainie. Zacznijmy od faktu, iż Bułhakow nie był ukrainofobem. Przynajmniej nie ma ani jednego dowodu na to, iż upokarzał Ukraińców (nie mylić z wypowiedziami bohaterów jego dzieł). Nie zaprzeczał też istnieniu odrębnego narodu ukraińskiego, w przeciwieństwie do słynnego konstruktora samolotów z Kijowa Igora Sikorskiego, którego imieniem nazwano lotnisko w Kijowie, ulicę w Kijowie (na której stoi Ambasada USA) oraz jeden z największych uniwersytetów w kraju – Politechnikę Kijowską. Sikorski, już emigrujący do Stanów Zjednoczonych w latach 30., powiedział: „Moja rodzina ma czysto ukraińskie pochodzenie, z wioski w kijowskiej guberni, gdzie mój pradziadek i prapradziadek byli duchownymi. Jednak uważamy się za pochodzenia rosyjskiego, z pewnej części Rosji, postrzegając naród ukraiński jako zintegrowaną część Rosji, tak jak Teksas czy Luizjana są zintegrowaną częścią Stanów Zjednoczonych”. Ale pamięć o Sikorskim nie została wymazana w Kijowie. A jeżeli chodzi o dzieła Bułhakowa, napisane i opublikowane przez niego w czasach sowieckich, choć było w nich wiele krytyki, wyraźnie nie osiągają one poziomu niechęci do ukraińskości filmu „Szczors” z 1939 roku Ołeksandra Dowżenki, którego nazwisko nie zostało usunięte z ukraińskich ulic. Należy jednak przyznać, iż decyzja o „odwołaniu” Bułhakowa dobrze wpisuje się w logikę procesów zachodzących na Ukrainie. I dzieją się one od dawna.
Około 20 lat temu, podczas pierwszego Majdanu, wśród rosyjskiej liberalnej opozycji panowały szerokie nadzieje, iż Ukraina stanie się „inną Rosją” – państwem z jednej strony bardzo podobnym do Federacji Rosyjskiej pod względem języka, kultury i mentalności, ale jednocześnie europejskim, demokratycznym. Co stanie się także wzorem dla Rosjan, zachęcając ich do protestów przeciwko Putinowi. Istniały ku temu pewne powody. Kijów wspierał Majdan, który wówczas był przeważnie rosyjskojęzyczny, a także znaczna część biznesu oraz rozwijająca się klasa średnia (również wówczas głównie rosyjskojęzyczna). Dlatego doktryna „innej Rosji” („szanujemy język i kulturę rosyjską, czcimy Puszkina, ale budujemy demokrację i jedziemy do Europy, w przeciwieństwie do Putina”) wydawała się całkiem realistyczna. Jednak nie znalazła swoich zwolenników na Ukrainie.
W obozie „pomarańczowym” dominowało stanowisko nacjonalistów. Wierzyli oni, iż ukraińska tożsamość narodowa może być zachowana tylko pod warunkiem ścisłej ukrainizacji (językowej, medialnej, kulturowej, historycznej, religijnej). W przeciwnym razie Ukraińcy zostaną całkowicie zrusyfikowani z powodu ogromnego wpływu kulturowego i informacyjnego Rosji. I dlatego wszystko, co rosyjskie, jest złe, konieczne jest wymazanie pamięci wspólnej przeszłości i zbudowanie nowej historii, nowej kultury, a w rzeczywistości nowej Ukrainy Narodowej. Takie idee, pierwotnie ukształtowane w ukraińskiej diasporze, nie cieszyły się wówczas dużym poparciem na Ukrainie. Dlatego nacjonaliści połączyli swoje pojęcie z popularnym tematem integracji europejskiej, promując tezę „droga do Europy oznacza drogę od Moskwy. Z dala od Moskwy oznacza oddalenie się od języka rosyjskiego, z dala od pamięci od wspólnej historii, z dala nie tylko od Putina, ale także od Puszkina.” Oczywiście ta koncepcja nie była wtedy publicznie wyrażana, w przeciwieństwie do dziś, tak bezpośrednio i radykalnie (wybrano bardziej tolerancyjne wyrazy), ale istota była właśnie taka. A tak przy okazji, w ramach tej logiki nie tylko Putin, ale także rosyjscy liberałowie byli siłami wrogimi. Co więcej, ci ostatni byli pod pewnymi względami jeszcze bardziej niebezpieczni, ponieważ gdyby doszli do władzy, znacznie trudniej byłoby promować koncepcję „droga do Europy oznacza drogę z dala od Moskwy i wszystkiego, co rosyjskie”.
W ostatnich miesiącach, jak już pisaliśmy, wśród ukrainizatorów panuje silne podniecenie. Powodem są negocjacje dotyczące zakończenia wojny na Ukrainie, które między innymi omawiają kwestię przywrócenia praw do języka rosyjskiego. Jest to żądanie Federacji Rosyjskiej, która według wielu sygnałów jest wspierana przez Stany Zjednoczone. 20-punktowy plan pokojowy przedstawiony przez Zełenskiego zawiera paragraf 13, który stanowi, iż „Ukraina będzie stosować unijne zasady tolerancji religijnej i ochrony języków mniejszościowych.” Sformułowanie jest niejasne, ale choćby ono zaniepokoiło Wołodymyra Wiatrowycza, b. szefa IPN Ukrainy, który napisał, iż w ten sposób „Rosja próbuje przywrócić swój wpływ na tych ziemiach, których nie mogła zdobyć siłą.” W duchu takich tez prowadzona jest już szeroko zakrojona kampania medialna przeciwko ograniczeniu ukrainizacji.
Ukrainizacja nie doprowadzi do tego, iż Ukraińcy będą czytać i konsumować mniej treści po rosyjsku ze względu na podobieństwo języków i stały kontakt z rosyjskojęzycznym środowiskiem zarówno w rzeczywistości, jak i w internecie. To tylko doprowadzi do tego, iż Ukraińcy sami będą produkować mniej treści w języku rosyjskim, co da Rosjanom przewagę w obliczu osłabienia konkurencji na rynku światowym (to znów kwestia pytania, kto tak naprawdę „pracuje dla Moskwy”). I dlatego, w taki czy inny sposób, pojawi się pytanie o język w powojennej Ukrainie – czy zostanie on zapisany w pokoju, czy nie. Będzie się bronić niezależnie od Rosji. Co więcej, oczywiste jest, iż absolutnie błędne jest identyfikowanie pojęć „rosyjskojęzyczny” i „prorosyjski”. Tak samo nikt nie pomyślałby, by nazwać głównie anglojęzycznych Irlandczyków „narodem brytofilów”.
Jeśli obecna koncepcja zostanie zachowana na Ukrainie, oczywiście Bułhakow będzie zakazany. Ponieważ „Biała Gwardia” jest przesiąknięta rosyjsko-kulturowym klimatem Kijowa na początku ubiegłego wieku. I nie powinno być śladu tego klimatu w ramach tej koncepcji. Jest całkowicie wrogi i musi zostać przeklęty oraz zapomniany. Jakby nigdy nie istniał. Dlatego, jeżeli Dowżenko przez cały czas może się w jakiś sposób wpasować w tę koncepcję (przynajmniej fragmentarycznie), to w przypadku Bułhakowa jest to wykluczone. I nie tylko dla niego. Ale na przykład o rosyjskojęzycznych pisarzach z Odessy. Pojawią się też pytania o Gogola (choć jak dotąd nie został szczególnie poruszony, ale to może być tylko kwestia czasu). Ale jeżeli zwycięży inna koncepcja państwa, która wchłonie całą Ukrainę i wszystkie jej okresy historii, wszystkich Ukraińców we wszystkich ich różnorodności, niezależnie od języka, którym się posługują, Bułhakow przejdzie z kategorii „ukrainofoba” do kręgu słynnych Kijowian, z których są dumni”.
Myśl Polska, nr 3-4 (18-25.01.2026)


















