Zaledwie po dwóch dniach od wskazania byłego szefa MEN na przyszłego premiera, co samo w sobie jest zabiegiem brawurowym, odezwały się te same głosy w ramach tego samego konfliktu. Mateusz Morawiecki został zapytany przez Bogdana Rymanowskiego, czy przyjąłby stanowisko wicepremiera w gabinecie Przemysława Czarnka. Odpowiedź była bardzo krótka – niekoniecznie. Przy kolejnych próbach i prośbach o rozszerzenie wypowiedzi, Mateusz Morawiecki zachował się jak buddyjski mnich, nie dał się sprowokować i milczał jak skała.
Konflikty wewnętrzne w każdej partii przypominają kryzys małżeński, gdy coś się wypala to bardzo trudno na nowo żar wzniecić. Kandydatura Przemysława Czarnka była długo wypracowywanym kompromisem i w czasie tych wytężonych prac widzieliśmy mnóstwo awantur, sprzecznych komunikatów oraz decyzji dyscyplinarnych. W sobotnie popołudnie prezes PiS bezpośrednio zwrócił się do Mateusza Morawieckiego i wręcz wygłosił laudację pod jego adresem, ale kilka dni wcześniej ten sam prezes Jarosław Kaczyński skierował byłego premiera do partyjnej komisji etyki. Taka emocjonalna i merytoryczna schizofrenia to tylko jeden z wielu kadrów, który pokazuje jak głęboki jest kryzys w PiS. Stare hasło „wszystkie ręce na pokład” zostało zamienione na wymachiwanie rękoma i to zaciśniętymi w pięść. choćby wspólny wróg i liczne postępowania prokuratorskie, nie są w stanie zmobilizować partyjnych baronów do solidarnego działania.
Z tej słabości korzystają wszyscy, największym beneficjantem jest Donald Tusk, ale swoje chcą też ugrać obie Konfederacje i nie przebierają w środkach. Słabość PiS nie tylko jest dostrzegalna gołym okiem, ale z samobójczą determinacją ujawniana przez samych polityków PiS. jeżeli masz na sobie bagaż ośmiu lat rządów, z czego trzy ostatnie lata były koszmarnym połączeniem „pandemii” i wojny za naszą wschodnią granicą, to musiałeś popełnić błędy. Więcej niż błędem jest nieustanne przypominanie o popełnionych błędach i przerzucanie się odpowiedzialnością. PiS ponad dwa lata grzęźnie w tej toksycznej atmosferze i w takich warunkach najwybitniejszy lider nie pociągnie w górę całej formacji. W kryzysach rodzinnych małżonkowie często decydują się na opcję „dzieci są najważniejsze”. Zaciskają zęby, męczą się ze sobą, ale nie rozwodzą się i przed dziećmi udają szczęśliwych rodziców. W PiS i tego brakuje, wszystkie awantury lub prawie wszystkie są przenoszone na forum publiczne.
Klincz w najbliższym czasie nie zniknie, a paradoks jego siły polega na tym, iż wszystkie strony sporu mają i nie mają racji. Mateusz Morawiecki słusznie zarzuca partyjnemu koleżeństwu, iż brał na siebie najwięcej obowiązków i ponosił największą odpowiedzialność. Rację ma też, iż Solidarna Polska zafundowała PiS wizerunkową katastrofę, ze szczególnym uwzględnieniem ucieczki Romanowskiego i Ziobro. Z koeli po drugiej stronie całkowicie uzasadnione są pretensje do Mateusza Morawieckiego, bo to on dał się ograć Unii Europejskiej i kojarzony jest z tymi wszystkim „ładami”, które napompowały słupki sondażowe prawicowej konkurencji. Pytanie jak długo dorośli ludzie i dojrzali politycy mogą się wzajemnie obrzucać mniej lub bardziej nieprzyjemnymi substancjami? Jak widać, dwa lata co najmniej i raczej ten rekord będzie śrubowany.
Nie da się pewnie iść do przodu z głową zwróconą do tylu, nie da się skutecznie walczyć z wrogiem, czując na plecach pałki i kopniaki „przyjaciół”. Wreszcie nie da się przekonać do siebie innych, skoro samych siebie się nie przekonuje. Czy Przemysław Czarnek w takich warunkach i z takim partyjnym wojskiem ma szanse dokonać cudu nad Wisłą? Najbardziej żarliwe serca w to wierzą, ale rozum podpowiada – niekoniecznie!
Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!
