W wyborach połówkowych 3 listopada Demokraci odebrali Republikanom kontrolę nad obiema izbami Kongresu, a w Senacie zapewnili sobie co najmniej 54 ze 100 mandatów. To polityczny cios dla Donalda Trumpa: druga połowa jego kadencji będzie naznaczona blokadą ustaw, kontrolą Kongresu i walką o przyszłość prawicy przed wyborami w 2028 roku.
Wyborcy odebrali Trumpowi swobodę działania
Demokraci przejęli kontrolę nad obiema izbami Kongresu po głosowaniu przeprowadzonym 3 listopada. Republikanie stracili większość w Izbie Reprezentantów i Senacie. Według Associated Press Demokraci zdobyli w izbie wyższej co najmniej 54 ze 100 miejsc, a w Izbie Reprezentantów przekroczyli próg 218 mandatów potrzebnych do większości. Część wyścigów przez cały czas nie była rozstrzygnięta, ale podział władzy stał się faktem.
Donald Trump pozostaje prezydentem i zachowuje prawo weta, ale nie może już liczyć na posłuszny Kongres. Demokraci zapowiadają kontrolę administracji, przesłuchania i próby odwracania części zmian wprowadzonych przez Republikanów. Dla Białego Domu oznacza to dwa lata ciągłego targu politycznego. Dla ruchu MAGA to moment bolesnego rachunku. Wielkie hasła przestały wystarczać, gdy wyborcy zestawili je z cenami, wojną i codziennym poczuciem niepewności.
Ceny i wojna z Iranem przesądziły o buncie
Dr Karol Szulc, amerykanista z Uniwersytetu Wrocławskiego, wskazał w rozmowie z Wirtualną Polską kilka powodów porażki Republikanów. Na pierwszym miejscu postawił niespełnione obietnice Trumpa. Prezydent zapowiadał gospodarcze odrodzenie, tymczasem Amerykanie zobaczyli wzrost kosztów życia i paliwa. Wojna z Iranem, rozpoczęta w lutym, uderzyła w portfele i podważyła wiarygodność polityka, który miał ograniczać zagraniczne uwikłania USA.
Dane powyborcze wzmacniają tę diagnozę. Badanie AP Voter Poll obejmujące ponad 100 tys. wyborców wykazało, iż około dwie trzecie respondentów przypisywało polityce Trumpa wpływ na inflację. Dla mniej więcej dziewięciu na dziesięciu koszty życia były ważnym lub bardzo ważnym czynnikiem przy głosowaniu do Kongresu. To nie jest drobna rysa wizerunkowa. Prawica, która obiecuje bronić zwykłych rodzin, przegrywa, gdy ich rachunki rosną szybciej niż poczucie bezpieczeństwa.
Szulc ocenia również, iż polityka migracyjna została przeprowadzona w sposób, który przyniósł skutki odmienne od oczekiwań części elektoratu. Braki pracowników dotknęły rolnictwo, a działania służb wywołały spory po śmiertelnych interwencjach. Ekspert wymienił też polityczny ciężar publicznej debaty wokół sprawy Jeffreya Epsteina. To była ocena przyczyn utraty zaufania, nie stwierdzenie odpowiedzialności karnej prezydenta.
Vance może zapłacić za porażkę prezydenta
Najpoważniejszym skutkiem wewnątrz Partii Republikańskiej może być osłabienie J.D. Vance'a. Wiceprezydent był przedstawiany jako naturalny sukcesor Trumpa w 2028 roku. Szulc uważa jednak, iż wyborcy mogą obciążyć go całym bilansem obecnej administracji, a większe szanse na nominację może mieć Marco Rubio.
Taka prognoza nie pozostało rozstrzygnięciem republikańskich prawyborów. Pokazuje jednak skalę kryzysu. Vance budował pozycję na lojalności wobec prezydenta i twardym języku wobec europejskich sojuszników. Wzywał Europę do większej odpowiedzialności za własną obronę, co z polskiej perspektywy było diagnozą trafną. Teraz jego polityczna przyszłość zależy od tego, czy Republikanie uznają ciągłość z Trumpem za atut, czy za obciążenie.
Porażka wymusi też spór o lojalność. Republikańscy kongresmeni będą musieli wybierać między obroną prezydenta a próbą odzyskania wyborców przed 2028 rokiem. Przy szerokiej większości Demokratów część z nich może poprzeć odrzucenie prezydenckiego weta. To oznacza, iż konflikt przejdzie z telewizyjnych studiów do konkretnych głosowań.
Polska potrzebuje realizmu, nie politycznego kibicowania
Dla Polski stawka jest czytelna. Osłabiony Biały Dom będzie bardziej zajęty śledztwami Kongresu, budżetowymi sporami i walką o schedę po Trumpie. Wojna z Iranem wpływa zarazem na ceny energii oraz zdolność Stanów Zjednoczonych do skupienia uwagi na wschodniej flance NATO. Warszawa nie może zakładać, iż osobista sympatia do Trumpa zastąpi własną siłę wojskową i przemyślaną dyplomację.
Narodowy realizm wymaga współpracy z każdym legalnie wybranym gospodarzem Białego Domu, ale też budowy własnych zdolności obronnych. Amerykańskie wybory przypominają prostą prawdę: cudze państwo zawsze głosuje przede wszystkim według własnego interesu i własnego portfela. Polska musi robić dokładnie to samo.
Źródło: Wirtualna Polska, Associated Press.
Źródło: WP Wiadomości


















