W Polsce Rosjanie nie są lubiani. Nigdy nie byli – choć kiedyś szlachta o mało nie zrobiła „królem” (elekcyjnym…) Polski nikogo innego jak… Jana Groźnego. Ale to było dawno.
Potem były zabory, powstania – a kiedy już się normowało i lud warszawski czasem płakał, iż odchodzą nasi, a przychodzą Niemcy – to potem przyszedł Piłsudski. To „Ziuk”. Jak na socjalistę przystało, Rosji nienawidził – a jego „sanacja” rządziła potem szkołami, gazetami i radiofonią. A potem przyszedł Związek Sowiecki – i ludzie nie odróżniali Rosjan od Sowietów, którzy przecież mówili po rosyjsku. Więc niechęć do Rosji przerodziła się w nienawiść – i kiedy trochę zaczęło to przysychać, to okazało się, iż Bruksela i Waszyngton każą nam Rosji nienawidzić. No i wszystkie zadawnione urazy wybuchły ze zdwojoną siłą – bo przecież jeszcze za to (dziennikarzom przynajmniej) nieźle płacą.
Gdy więc powstał spór rosyjsko-ukraiński i wszystkim tłumaczyłem, iż Rosja ma swoje – dobrze uzasadnione – racje – to patrzono na mnie podejrzliwie. Gdy Rosja najechała Ukrainę, straciłem 80% zwolenników, gdyż nie buchałem potępieniem na kogo powinienem. Co gorsza: gdy nie uwierzyłem JE Włodzimierzowi Putinowi, grożącemu, iż najedzie na Ukrainę – i twierdziłem, iż jest to blef – to ci, którzy mu uwierzyli, uznali, iż chciałem wprowadzić w błąd Ukraińców i całe NATO.
Potem przyszła sprawa Wyspy Wężów. Uważnie przejrzałem Sieć i wyszło mi, iż bohaterska obrona tej wyspy to lipa, słynne słowa „Idi na ch..” nigdy nie padły – a raczej padły w innym kontekście. Gdy to napisałem, zostałem „ruską onucą”. Na szczęście po dwóch dniach wyszło na jaw, iż Rosjanie „bohaterskich obrońców” bez wystrzału wzięli do niewoli i po tygodniu nieuszkodzonych zwrócili. Tego nie zrobiły władze Ukrainy – jakiś prywatny sieciarz zmontował filmik i choćby JE Włodzimierz Zełenski dał się na to nabrać. Po czym jeszcze musiał tym „bohaterom” przypiąć jakieś medale – bo przecież wszyscy wierzyli, iż to bohaterscy obrońcy…
Ukraina potrzebowała bohaterów.
Tak więc może 10% tych, co uznali, iż jestem „ruską onucą”, dowiedzieli się prawdy.
Potem był Mariupol. Cała Sieć trzęsła się, opisując rosyjskie okropieństwa – a główne miejsce zajmował nalot na klinikę położniczą w Mariupolu. Niestety: znów przejrzałem Sieć i wyszło, iż niczego takiego nie było…
Na moje nieszczęście p. Sergiusz Ławrow oświadczył: „Tak, zbombardowaliśmy klinikę w Mariupolu”.
O co poszło?
W Mariupolu istotnie była klinika położnicza. W jej piwnicach ulokował się batalion „AZOW”. Rosjanie ogłosili, iż za dwa dni zbombardują klinikę. Wszyscy więc – z „AZOW”-em na czele – się z niej wynieśli. Rosjanie użyli bomb termobarycznych, które nie niszczą murów i choćby niekoniecznie zabijają ludzi – natomiast niszczą okna, futryny i wszystkie przepierzenia. Na stronie JE Włodzimierza Zełenskiego można więc było zobaczyć tę klinikę po bombardowaniu – i widać było, iż nie było tam nie tylko ludzi, ale choćby żadnego łóżka czy żadnej aparatury medycznej…
Do tego na miejscu było dwoje dziennikarzy „Associated Press”, którzy znaleźli jakąś położnicę (tuż przed rozwiązaniem…), która naplotła im głupoty o tym, iż ledwo przeżyła to bombardowanie…
I Polacy wraz z Ukraińcami podziwiali kolejną bohaterkę. A ja byłem już śmierdzącą „ruską onucą”.
Na szczęście Rosjanie odzyskali Mariupol i „bohaterska położnica” odnalazła się wraz ze szczęśliwie urodzonym dzieckiem i zaczęła opowiadać, jak to Ukraińcy pod groźbą pistoletu zmusili ją do opowiadania tych historyjek. Co też było nieprawdą. Była to niezbyt popularna blogerka, która na tej historii zyskała olbrzymią popularność…
…a szef wywiadu Szwajcarii przypomniał historię z najazdu Iraku na Kuwejt. USA chciały dostać od ONZ mandat na pomoc Kuwejtowi (który zapłacił za nią 150 mld dolarów…), więc wynajęły za 10,5 mln dolarów (są rachunki…) firmę, która sfingowała najazd ludzi przebranych za żołnierzy śp. Saddama Husajna na klinikę położniczą, porywali inkubatory, tłukli co trzeba – i ONZ natychmiast wyraziła zgodę.
Jestem przekonany, iż ci dziennikarze też tę historię znali…
I wreszcie przyszła sprawa Buczy.
Na swoim Facebooku dokładnie ją przeanalizowałem, wyłącznie w oparciu o źródła polskie, i wyszło mi, iż to Ukraińcy pomordowali kolaborantów – czyli ludzi, którzy zgodzili się objąć, podczas krótkich rządów Rosjan, posady wójtów, starostów itp.
Ku memu zdumieniu wielu komentatorów na moich portalach powiedziało: „A jeżeli to prawda – to co w tym strasznego? W 1945, gdy Niemcy uciekli z okupowanej Francji, maquis wymordowali bez sądu 9.000 kolaborantów – i nic im zrobiono. To dlaczego nie wolno tego Ukraińcom?”
Cóż: może i wolno – ale dlaczego zwalać to na Rosjan – a ze mnie po raz kolejny robić „ruską onucę”?
No, trudno – poskarżyłem się. I dalej staram się pisać prawdę.
Co nie jest w dzisiejszych czasach modne…
Janusz Korwin-Mikke
Myśl Polska, nr 1-2 (4-11.01.2026)


















