
Tylu wokół wybitnych politologów i ekonomistów specjalizujących się w tematyce międzynarodowej, a jakoś drugiego dna umowy między Unią Europejską i Mercosurem wskazać nie potrafią. Tymczasem jest to dno najeżone daleko groźniejszymi zasiekami i pułapkami niż zalanie prawie całego Starego Kontynentu tanimi produktami rolnymi, nafaszerowanymi trującą chemią bardziej choćby niż „spożywczy” strumień z Banderlandu. Wypełniamy zatem tę karygodną lukę informacyjną zaczynając od rzetelnego przedstawienia obydwu umawiających się stron.
Nikt rozsądny nie ma żadnych wątpliwości, iż obecna Unia Europejska to po prostu IV Rzesza Niemiecka, sterowana z Berlina i konsekwentnie realizująca hitlerowską ideę podporządkowania sobie państw europejskich, tyle iż w sposób bardziej łagodny. Działania militarne, także w formie zbrodni dokonywanych na milionach cywilów, zastąpione zostały narzędziami politycznej i ekonomicznej kolonizacji – bezkrwawej i pozbawionej ryzyka doczekania nowej Norymbergi, a przy tym daleko skuteczniejszej. Tę skuteczność i praktyczną nieodwracalność dokonanych podbojów wzmacniają nie tylko dekrety brukselskich, samozwańczych – nomen omen – komisarzy ale także wykorzystanie miejscowej agentury, która np. w Polsce nie ogranicza się bynajmniej do Platformy Obywatelskiej zasadnie określanej jako „Volksdeutsche Partai” oraz jej lidera Donalda Tuska. Odbieranie zasług w tym względzie „opozycyjnemu” Prawu i Sprawiedliwości z Mateuszem Morawieckim na czele, byłoby poważnym nietaktem.
O drugiej stronie „wiekopomnego sojuszu gospodarczego” wiemy niewiele. A szkoda, gdyż także w tym przypadku hitlerowskich odniesień jest sporo. Otóż założycielami powstałego w 1991 roku południowoamerykańskiego bloku gospodarczego i unii celnej o nazwie Mercado Común del Sur (stąd skrócona nazwa Mercosur) były tylko cztery spośród trzynastu państw tego kontynentu: Argentyna, Brazylia, Paragwaj i Urugwaj. Akurat ten kwartet okazał się celem exodusu setek tysięcy hitlerowskich zbrodniarzy po zakończeniu II wojny światowej.
Uciekali za ocean tzw. Szczurzym Szlakiem wiodącym głównie i nieprzypadkowo przez Austrię i faszystowskie Włochy, gdzie można było zaopatrzyć się w fałszywe dokumenty, a później bezpiecznie wsiąść na statki wypływające z Genui i Triestu. Cel – przede wszystkim Argentyna, gdzie rządził jawnie faszyzujący Juan Peron oraz Brazylia. Później atrakcyjną „destynacją” stał się Paragwaj, którym w latach 1956 – 1989 niepodzielnie rządził gen. Alfredo Stroessner, syn niemieckiego emigranta z Bawarii.
Adolf Eichmann, wykonawca „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” został schwytany w 1960 roku przez Mosad w Argentynie i przetransportowany do Izraela, gdzie skazano go na śmierć przez powieszenie. Był to jedyny taki wyrok wydany w tym kraju. Prawdopodobnie dlatego, iż Eichmann wiedział zbyt dużo o kolaboracji żydowskich elit z hitlerowcami. W ten sposób w Ameryce Południowej znaleźli się m.in. tacy zbrodniarze jak SS-Obersturmbannführer Adolf Eichmann – główny realizator „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, dr Josef Mengele – eksperymentujący głównie na dzieciach zwyrodnialec z Auschwitz zwany „Aniołem Śmierci”, SS-Hauptsturmführer Franz Stangl – komendant niemieckich obozów zagłady w Treblince i Sobiborze oraz SS-Hauptsturmführer Nikolaus „Klaus” Barbie, szef Gestapo we francuskim Lyonie, nieprzypadkowo zwany katem tego miasta.
Uciekinierzy z III Rzeszy Niemieckiej gwałtownie odnaleźli się w nowych realiach, głównie dzięki temu, co zagrabili ofiarom swoich zbrodni w Europie. Złoto, kosztowności oraz tzw. twarda waluta okazały się niezłym kapitałem założycielskim dla oprawców i ich potomków. Dzisiaj hitlerowskie pomioty to wpływowa część elity gospodarczej i politycznej państw tworzących Mercosur. Umowa z Unią Europejską wprowadza ich na nowe, jakże szerokie wody do geszeftów z potomkami Niemców, których czyny zostały uznane przez zwycięską koalicję (ZSRR, USA, Wlk. Brytania i Francja) za nie podlegające odpowiedzialności karnej. Przy okazji taki symboliczny znak – Ursula von der Leyen, karlica reprezentująca UE i zarazem IV Rzeszę Niemiecką podpisała w sobotę, 17 stycznia 2026 układ z Mercosurem w stolicy Paragwaju Asuncion. Dokładnie w tym samym mieście, 26 marca 1991 roku zawarto traktat ustanawiający rzeczony Mercosur…
Czego możemy zatem spodziewać się od tego momentu? Konsekwentnej realizacji hasła „Deutschland uber alles” („Niemcy ponad wszystko”). Z latynoskich – czyli także niemieckich – latyfundiów popłynie żywnościowy chłam, którym skarmiany będzie eurokołchozowy plebs. Unijna „elita” wyżywi się z innych źródeł, polskich nie wyłączając. W drugą stronę na statki zostaną załadowane głównie wyroby przemysłu niemieckiego, w tym samochody sromotnie przegrywające w tej chwili konkurencję z Chińczykami. Oczywiście, przegrają ją również w Ameryce Południowej ale z pewnym opóźnieniem. Wzmocnionym atutem w postaci gotowości przyjmowania barteru w postaci bananów, kukurydzy, wołowiny itp. produktów, które da się wcisnąć mieszkańcom eurokołchozu za każdą cenę, zwłaszcza iż Chińczycy z taką ofertą tutaj nie wejdą.
A co z naszymi rolnikami? Mówiąc krótko – dostaną to, czego chcieli. Jako potomek wielopokoleniowej rodziny chłopskiej (zarówno po mieczu jak i po kądzieli) z nadwiślańskiej części Lubelszczyzny z przerażeniem patrzyłem, jak ponad dwadzieścia lat temu dali się kupić wizji unijnych dotacji, niskooprocentowanych kredytów i „programów restrukturyzacyjnych”. Nie mogłem zrozumieć durniów, którzy zastawiali ojcowiznę pod kredyt na markowy – oczywiście, lepszy i droższy niż ma sąsiad – ciągnik z klimatyzacją, napędem na cztery koła i zestawem stereo, choć do uprawy kilkunastu czy choćby kilkudziesięciu hektarów z powodzeniem wystarczyłby kilkukrotnie tańsze nasze Ursusy, czeskie Zetory czy białoruskie MTZ.
Na szczęście około dziesięciu procent rolników z prawdziwie chłopskim instynktem nie dało się w ogóle zwabić na paciorki dla Murzynów, a kilka procent pozostałych po krótkiej przygodzie ze statusem „producentów rolnych” na unijne zlecenie, gwałtownie powróciło do korzeni. Dzięki temu wiem, gdzie kupować jajka od kur swobodnie grzebiących po przydomowych działkach czy mięso i wędliny z uboju gospodarczego, opartego na hodowli świń i krów karmionych własnymi paszami.
Pozostałym „rolnikom” gorąco polecam XVII-wieczną wprawdzie ale jakże aktualną komedię Moliera z końcową puentą, która brzmi „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”. I proponuję, aby w wyniku kolejnych drogowych ruchawek wybrać ludowego trybuna cokolwiek mądrzejszego od kabotyna o personaliach Michał Kołodziejczak, jeszcze w ubiegłym roku w randze – a jakże! – wiceministra rolnictwa, a dzisiaj posła na Sejm RP i pełnoprawnego absolwenta uczelni o nieprzypadkowej etykiecie „Collegium Tumanum”.
Henryk Jezierski
Zdjęcia:
Domena publiczna
(22.01.2026)

















