Obserwując z niemałym rozbawieniem, acz i z narastającym, głębokim zaniepokojeniem, cyklicznie powracający w przededniu kolejnych batalii wyborczych spektakl (w którym to dyżurni aktywiści i niektórzy publicyści, zafiksowani na punkcie doraźnego pragmatyzmu, próbują z mentorskiej pozycji dyscyplinować wszelkie niezależne środowiska), trudno nie oprzeć się wrażeniu, iż mamy do czynienia z fundamentalnym niezrozumieniem istoty procesów społecznych. Oto bowiem żmudna praca organiczna, mozolne budowanie klubów dyskusyjnych, będących wszak enklawami wolnej myśli, oraz otwieranie redakcyjnych łamów na szerokie, polifoniczne spektrum poglądów (rozciągające się, w uproszczeniu rzecz ujmując, od lewa do prawa) zostają w owym uproszczonym i agresywnym żargonie zdeprecjonowane i skwitowane protekcjonalnymi etykietami „eskapizmu”, „bańkowych pogaduch” tudzież wygodnego „pasywizmu”.
Ta przedziwna optyka, wedle której jedyną mierzalną i godną szacunku formą egzystencji obywatelskiej ma być maszerowanie w rytm partyjnych kurantów, ramię w ramię z tym czy innym trybunem ludowym, razi wręcz swoją intelektualną płytkością. Pomija bowiem fakt, iż zanim na scenę wkroczą posłowie, ministrowie czy całe komitety, najpierw istnieje suweren: wyborca. Wywołanie politycznego tąpnięcia i spektakularne „wywalenie” rządu na fali słusznego skądinąd, ale ślepego gniewu tłumu nie stanowią dziś, w dobie medialnej technopolityki, większej sztuki. Prawdziwe clou problemu, o które potykają się wszystkie formacje rewolucyjne dzień po ogłoszeniu wyników, sprowadza się do fundamentalnego pytania: kogo i na jakich zasadach powołać w to miejsce oraz (co najważniejsze) według jakich kryteriów ma się ów wybór dokonać?
Świadomości państwowej i dojrzałości obywatelskiej nie da się bowiem wykuć na ulicznym bruku, pośród zgiełku i dymu manifestacji, które z natury rzeczy karmią się wyłącznie jednowymiarowym, emocjonalnym sloganem i zredukowanym do granic możliwości komunikatem (w rodzaju chwytliwych, ale pustych haseł, np. o „pokoju za wszelką cenę”). Realne rządzenie państwem i dbałość o jego imponderabilia nie są bowiem realizacją wiecowego transparentu, ale wymagają poruszania się w nieskończenie złożonym, wielopłaszczyznowym spektrum decyzji makroekonomicznych, geopolitycznych oraz prawnych.
Szantażowanie niezależnych forów myśli apokaliptyczną wizją, jakoby bez natychmiastowego wejścia w partyjne alianse system miał nas bezwzględnie unicestwić „jednym kliknięciem” cenzury, obnaża jedynie krótkowzroczność samych szantażystów, którzy nie dostrzegają, iż bez sformatowanego, intelektualnie uświadomionego i głęboko zakorzenionego w kulturze społeczeństwa każda władza, choćby zdobyła dziś absolutny monopol parlamentarny, okaże się ostatecznie kolosem na glinianych nogach, bezradnym wobec naporu walca kulturowego, jeżeli nie będzie miała oparcia w uświadomionym, myślącym społeczeństwie. Polityka bez wcześniejszej formacji to po prostu budowanie zamków na piasku.
Dlatego właśnie suwerenność i siła wolnych mediów oraz organicznych struktur klubowych, których horyzont myślowy wykracza daleko poza najbliższy, trywialny kalendarz wyborczy, stanowią wartość absolutnie nienaruszalną w zdrowym ekosystemie państwowym. W nim to wartością samą w sobie staje się odmowa udziału w cudzych wiecach w roli paliwa wyborczego na rzecz trwania przy wyznaczonej sobie misji edukacji, a nie partyjnej agitacji. W strukturze dojrzałego społeczeństwa istnieją wszak odmienne, choć komplementarne role: podczas gdy partie polityczne i komitety ze swej natury powołane są do bieżącej walki gabinetowej oraz mobilizowania elektoratu na wiecach, zadaniem niezależnych forów myśli pozostaje permanentna formacja intelektualna, a nie bezrefleksyjna agitacja czy bezwiedne dostarczanie świeżego paliwa do cudzych machin wyborczych. Próba wtłoczenia tej złożonej rzeczywistości w toporny, rewolucyjny schemat pod tytułem „Albo idziesz z nami na wiec, albo tchórzliwie chowasz głowę w piasek i czekasz, aż system cię odetnie jednym kliknięciem” jawi się w tym świetle jako pospolita, podszyta przedwyborczą gorączką manipulacja; podejście nazbyt płytkie i jarmarczne, by w ogóle mogło aspirować do miana autentycznej troski o państwo. Polska (choć niewątpliwie potrzebuje, szczególnie obecnie, ulicznego krzyku i dynamiki politycznego sporu) nade wszystko łaknie dziś obywateli zdolnych do chłodnej, autonomicznej analizy rzeczywistości, jako iż to oni, w zaciszu wyborczej urny, trzymają w rękach realne decyzje o losach państwa czy (jak kto woli) ostateczne stery Rzeczypospolitej.
Bożena Gaworska-Aleksandrowicz



![Tusk, Braun, Czarnek, Bosak. 1 Year Until the Election [feat. Andrzej Bobiński]](https://i1.ytimg.com/vi/uLqQ2qDbGQo/maxresdefault.jpg)













