Do we live in an era of technological parastates?

niepoprawni.pl 2 hours ago

Co się stanie, jeżeli pewnego dnia platforma, na której prowadzisz firmę, publikujesz swoje treści, utrzymujesz kontakt z klientami, albo załatwiasz większość codziennych spraw po prostu zmieni zasady i ograniczy Ci dostęp?

Jeszcze dwie, trzy dekady temu cyfrowe firmy były po prostu dostawcami oprogramowania, sprzętu, reklam i usług. Dziś wiele z nich ma pozycję dominującą i dyktuje warunki każdemu, kto z ich technologii korzysta, czyli prawie wszystkim: zwykłemu obywatelowi, firmom, instytucjom, rządom. Weszły pomiędzy człowieka a informację, handel, komunikację, pracę, edukację, rozrywkę i administrację publiczną.

Na naszych oczach powstaje władza, która nie została zdobyta w wyborach, nie ma granic wytyczonych na mapie i nie potrzebuje własnej armii. Jej terytorium stanowią nasze życie zawodowe, prywatne i społeczne, a najcenniejszym zasobem nie jest ziemia ani choćby kapitał, ale informacja i uwaga ludzi. Te technologiczne parapaństwa wobec swoich użytkowników zachowują się jak państwo: ustalają regulamin, który działa jak prawo, moderują treści i spory jak sąd, a własne zasady egzekwują, stosując kary, takie jak blokowanie kont czy ograniczanie zasięgów. Promują przy tym równość i tolerancję, wspierają rozwój i innowacje, a podejmowane przez nie działania wyglądają na tyle profesjonalnie i szlachetnie, iż przypominają zachodnie demokracje. Nie są jednak demokratyczne w tym sensie, iż najważniejsze decyzje dotyczące ich funkcjonowania podejmują właściciele i zarządy, a użytkownicy mają na nie bardzo ograniczony wpływ. Gdy więc odrzucić całą chlubną część wizji takich gigantów jak Google, Microsoft, Meta czy Amazon (którą prawdopodobnie kierują się tysiące ich pracowników), pozostanie strategia podporządkowana przede wszystkim interesom ekonomicznym korporacji: zwiększaniu przewagi, ograniczaniu konkurencji i maksymalizowaniu zysku.

Zależność od wspomnianych technologicznych gigantów budowana jest na trzech poziomach. Pierwszy to infrastruktura. Przekonywano nas, iż cyfryzacja jest nieunikniona, i trzeba uczciwie przyznać, iż kolejne dziedziny przenosiliśmy do sieci chętnie, bo było szybciej, taniej i prościej: bankowość, komunikację, pracę, zakupy, bilety, umawianie wizyt, usługi publiczne, edukację. Pandemia gwałtownie przyspieszyła ten proces. Teamsy, lekcje online i platformy komunikacyjne z rozwiązania pomocniczego stały się częścią podstawowej infrastruktury życia, opartej na rozwiązaniach, których państwo najczęściej nie rozumiało i nie kontrolowało. Gdy do szkół płynął sprzęt i oprogramowanie dostarczane przez wielkie firmy, mało kto przejmował się przyszłymi skutkami tej technologicznej rewolucji (takich jak uzależnienie dzisiejszych uczniów, a przyszłych pracowników i decydentów od narzuconych im cyfrowych ekosystemów).

Drugi poziom zaczyna się tam, gdzie infrastruktura pozwala gromadzić informacje o użytkownikach. Przez lata dane gromadziły państwa, bo informacja jest jednym ze źródeł władzy. Dziś prywatne firmy robią to nieporównywalnie skuteczniej: wyszukiwanie, mapa, zdjęcie, komentarz, polubienie, zakup, czas zatrzymania wzroku na materiale, niemal każda czynność pozostawia ślad. Firmy wyrosłe z garażowych startupów stworzyły systemy obserwacji zachowań, o których dawny aparat państwowy mógł tylko pomarzyć. Usługa może wyglądać na darmową, ale płacimy za nią pracą na rzecz platformy: dostarczamy dane, treści, kontakty i uwagę. Co prawda prawodawcy dali nam, obywatelom, narzędzia, by się bronić, ale trudno uznać je za skuteczne, gdyż technologie rozwijają się szybciej niż prawodawstwo. Nasze możliwości sprowadzają się do zatwierdzania kolejnych zgód i regulaminów, a przez cały czas pozostajemy przedmiotem profilowania, którego skali nie umiemy ocenić. Rola państw jest przy tym dwuznaczna: raz wykazują się słabością wobec platform, innym razem z nimi kooperują albo starają się je wykorzystywać (choćby do inwigilowania obywateli albo budowania własnej przewagi). Przez większość nowoczesnej historii zagrożenie dla wolności widzieliśmy w państwie. Dziś pojawiło się nowe zagrożenie, ale trudno ocenić, które jest większe i kto jest czyim narzędziem.

Trzeci poziom pojawia się wtedy, gdy właściciel infrastruktury i informacji, który uzależnił już od siebie użytkowników, zaczyna ustalać zasady dostępu. Wystarczy, iż Facebook zmieni sposób priorytetyzowania treści — tak jak uczynił już 2018 roku, ogłaszając większy priorytet dla wpisów znajomych i rodziny oraz treści wywołujących interakcje, kosztem części treści publicznych — by zasięgi stron i wydawców, którzy przez lata inwestowali w obecność na platformie, mogły się zmniejszyć. Dla firmy to korekta sposobu porządkowania aktualności, dla twórców – ryzyko utraty części mozolnie budowanego grona odbiorców. Podobnie od algorytmów zależą sprzedawcy i ludzie utrzymujący się z pracy platformowej, a zasad ich działania nie znają i nie kontrolują. choćby najwięksi politycy prowadzą znaczną część publicznej komunikacji na platformach należących do prywatnych przedsiębiorców. Nie znaczy to, iż Elon Musk czy Mark Zuckerberg dysponują większą formalną władzą niż państwa. Pokazuje jednak nowy rodzaj zależności: także polityk, który stanowi prawo, dociera do milionów obywateli przez infrastrukturę, której zasad działania sam nie ustala.

Zagrożenia pojawiły się także ze strony „gospodarki współdzielenia”, którą sprzedawano nam jako sympatyczną wizję świata: ktoś podwozi sąsiada, ktoś inny wynajmuje wolny pokój, a ktoś jeszcze sprzedaje zbędne rzeczy, wszystko odbywa się oczywiście przez aplikacje, które eliminują drogich pośredników i uciążliwe regulacje. W praktyce platformy zastąpiły dawnych pośredników sobą i z czasem narzuciły własne warunki, przy okazji wpływając na nasze otoczenie, czy na rynek pracy. Sektor transportu moiejskiego (Uber), najem krótkoterminowy (Booking), handel (Allegro) – przykłady można mnożyć. Najpierw usługi wydają się tanie, wygodne i rewolucyjne (zazwyczaj takie są), dopiero później zaczynamy dostrzegać ich społeczne koszty, gdy na dobre się od nich uzależniliśmy.

W przypadku największych platform działa samonapędzający się mechanizm: każdy kolejny użytkownik zwiększa ich wartość i jednocześnie utrudnia powstanie konkurencji. Im większa platforma, tym bardziej jej potrzebujemy, bo korzystają z niej wszyscy w naszym otoczeniu. Do tego dochodzi wygoda. Nie da się poważnie dyskutować o Big Techach, udając, iż Google Maps, komunikatory, chmura, wyszukiwarki czy handel internetowy niczego nie poprawiły, a sukces tych firm byłby niemożliwy, gdyby ich produkty nie dawały nam realnych korzyści. Wygoda jest jednak także najlepszym sposobem budowania zależności: kochamy te usługi za niską cenę i rzadko pytamy, jaki jest ich rzeczywisty koszt. Czujemy, iż coś jest nie tak, ale często ignorujemy te sygnały (ile razy wychodząc z mediów społecznościowych odczuwaliście zdezorientowanie czy gorszy nastrój). Od czasu do czasu buntujemy się przeciwko jakiejś aplikacji jednak po czasie do niej wracamy (albo idziemy do konkurencji jeżeli takowa jest), trochę jak człowiek, który pamięta wczorajszego kaca i mimo to znów zachodzi do monopolowego. Telefon i internet są dziś bowiem jak monopolowy na każdym rogu: znajdują się w nich już nasza praca, otoczenie i informacja, a alternatywy po prostu nie ma.

W tym technofeudalizmie niektórzy widzą koniec kapitalizmu albo jego kolejny poziom. W części gospodarki zysk z samej produkcji coraz częściej uzupełniają opłaty i prowizje za dostęp do platformy, którą ktoś kontroluje. Tocqueville pisał, iż przemysłowcy mogą stać się kiedyś nową arystokracją, ale to, co dzieje się dziś, przerosłoby jego najgorsze oczekiwania. W epoce przemysłowej bogacono się, eksploatując środowisko, a koszty długo przerzucano na społeczeństwo; dziś, w epoce cyfrowej, eksploatuje się ludzkie społeczności: ich czas, uwagę, pracę, dane i zachowania. Skala bogactwa cyfrowych magnatów jest jednak nieporównywalna z niczym z przeszłości, a wraz z nią rośnie ich wpływ na politykę, warunki zatrudnienia, obieg informacji, kulturę, edukację i organizację codziennego życia.

W tym momencie problem wykracza poza relację między platformą a konsumentem czy pracownikiem i nabiera wymiaru politycznego. Starcie instytucji państwowych z Big Techami jest nierówne: korporacje dysponują pieniędzmi, prawnikami, technologią i wiedzą, których często brakuje regulatorom, a długie spory bywają dla słabszej strony realnym ograniczeniem. Politycy boją się występować przeciwko firmom przedstawiającym się jako ucieleśnienie innowacji, bo krytykę giganta łatwo przedstawić jako krytykę technologii, jakby sprzeciw wobec określonego modelu biznesowego oznaczał chęć powrotu do maszyny do pisania. Po dekadzie względnie otwartego internetu platformy coraz częściej ograniczają dostęp do własnych danych, więc ocena skali problemu staje się trudniejsza, choćby dla naukowców. Unia Europejska odpowiada regulacjami, ale przez cały czas korzysta z chmury i infrastruktury przetwarzania danych amerykańskich dostawców. Największe z tych firm wyrosły w Stanach Zjednoczonych i działają w ścisłej relacji z amerykańskim rynkiem oraz instytucjami państwowymi, co wzmacnia zarówno ich globalną pozycję, jak i pozycję gospodarczą i strategiczną USA. Nie oznacza to jednak monopolu na nowoczesne technologie. Stany Zjednoczone mają przewagę w wielu kluczowych obszarach, ale Chiny intensywnie rozwijają własne zdolności technologiczne i przemysłowe. Relacja między państwem a Big Techami w Chinach jest przy tym inna: państwo ma znacznie większe możliwości wyznaczania firmom granic i kierunków działania. Jak długo ten model będzie skuteczny, pozostaje kwestią otwartą. Walka o globalną władzę trwa, choć niestety niektórzy przestali się w niej liczyć (mówię o podzielonej i targanej problemami UE, która, jeżeli nie przeprowadzi gruntownych reform, stanie się trzeciorzędnym graczem). To jednak tylko zarys szerszego problemu — związku między dominacją technologiczną, suwerennością państw i globalnym układem sił — który zasługiwałby na osobny tekst.

Co my możemy z tym zrobić? Jako użytkownicy mamy możliwość decydowania, z czego korzystamy i nie jest to bez znaczenia. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, iż nasza indywidualna rezygnacja nie przyniesie technologicznym gigantom uszczerbku. Dla firmy z miliardami użytkowników odejście kilku czy kilku tysięcy z nich jest błędem statystycznym, a koszt takiej decyzji, czyli utratę kontaktów, pracy i informacji, ponoszą wyłącznie ci, którzy odchodzą. Wybór indywidualny jest więc kwestią własnej niezależności, a nie narzędziem nacisku. Realną różnicę mogą zrobić ci, którzy mogą wykorzystać efekt skali: rządy, instytucje i firmy. Rządy mogą ustalać zasady konkurencji, dbać o bezpieczeństwo danych oraz egzekwować prawo wobec firm, które mają większe zasoby niż regulatorzy. Instytucje, od szkół i urzędów po uczelnie i samorządy, decydują, na czyjej infrastrukturze pracują i uczą, a więc także o tym, czy uczeń i obywatel w ogóle poznają alternatywy. Firmy wybierają, czy uzależnić się od jednego dostawcy, czy zachować możliwość zmiany. Nam zostaje rola mniej spektakularna, ale równie ważna: zrozumienie mechanizmów platform (nie można przecież skutecznie sprzeciwiać się czemuś, czego mechanizmu się nie rozumie) i zbiorowa presja na tych, którzy mogą coś zmienić (skoro technologicznych parapaństw nie da się odwołać przy urnie, musimy wybrać drogę pośrednią).

Nie chodzi przy tym o wojnę z technologią, która byłaby równie niedorzeczna jak wojna z elektrycznością, ani o świat bez Big Techów, w którym prawdopodobnie nie potrafilibyśmy już funkcjonować. Chodzi o odzyskanie możliwości wyboru i kontroli: o sytuację, w której państwo, szkoła, przedsiębiorca, twórca i zwykły użytkownik nie są zmuszeni podporządkować się prywatnym ekosystemom tylko dlatego, iż wszyscy inni już się w nich znaleźli.

]]>https://naocznyobserwator.blogspot.com]]>

Read Entire Article