Wenezuela za nami, a przed nami kilka pomysłów prezydenta Donalda Trampa, zajuma Grenlandię czy może jednak Kubę, a jeżeli już mu tak dobrze idzie z kacapskimi tankowcami, to może weźmie i pobije Nędzę.
Mam pewną tezę: kolej na Grenlandię.
Uzasadnieni mojej tezy jest banalnie proste, aż dziw iż nikt na to jeszcze nie wpadł. Otóż Panu Donaldowi Trampowi wcale nie zależy na bogactwach tego sub kontynentu, ani tym bardziej nie obawia się on Kitajców, czy Kacapów, którzy jakoby mieli tam budować swoje bazy w igloo. Nie,Prezydent USA chce pozostawić po sobie wiekuistą pamiątkę, on chce przejść do historii nie jako któryś tam prezydent, bo kogo to obchodzi. Pan Tramp chce i (musi) być tym prezydentem, o którym będą uczyć dzieciaki w szkole, któremu będą stawiać pomniki, którego imieniem będą nazywać ulice i miasta, a może bazy na Księżycu. I dokona tego. Dokona choćby wszy po stole skakały, dokona tego czy prezydent Makron wyśle wszystkie swoje pięć czołgów na ratunek Grenlandczykom czy nie, czy cała Bundeswera poderwie swoje nielatające myśliwce czy jednak się zawaha.
Nie chcieli Donaldowi Trampowi dać Nobla, mimo iż wygrał więcej wojen niż sam Napoleon, to nie, bez łaski, sam sobie zarobi na splendory.
Tubylcy jeszcze się krygują, ale gdy każdy z nich załapie się na premię po milion zielonych, to sami z miłą chęcią wdzieją na maszt Gwiaździsty Sztandar, a wcześniej nauczą się amerykańskiego hymnu, który specjalnie na takie okazje jest tak prosty fonetycznie, ażeby choćby Eskimosi mogli go zaśpiewać z radością.Nie będzie potrzeby namawiać chłopaków z Delta Force.
A gdy już tak dobrze pójdzie z Grenlandią, to przydałoby się połączyć z macierzą Kanadę i Meksyk. Aż się prosi, aby cały kontynent była razem. Po cóż mają uciekać do Stanów, niech Stany przybędą do nich.
Powodzenia Panie Prezydencie!









