Bratkiewicz: Znów ten upierdliwy Cenckiewicz

myslpolska.info 6 hours ago

Niedawna polemiczna wymiana poglądów w sprawie przesilenia politycznego w Kijowie w lutym 2014 r., do jakiej doszło między Sergiejem Ławrowem a Radosławem Sikorskim na forum ONZ, wzbudziła niemałe zainteresowanie w Polsce.

Polemika między ministrami dotyczyła wszak pierwoprzyczyny obecnej wojny rosyjsko-ukraińskiej. Czy w lutym 2014 r. w Kijowie wydarzył się „krwawy zamach stanu”, jak utrzymywał Ławrow, czy też miała miejsce zwykła – jak twierdził Sikorski – demokratyczna procedura odwołania prezydenta Wiktora Janukowycza? Jednakowoż na ubocze tej wymiany zdań między ministrami prześlizgnął się, dzięki Platformie X, Sławomir Cenckiewicz. I od razu zajął się nie tyle sporem między ministrami, ile moją publikacją w „Myśli Polskiej” z 2-9 sierpnia br., przemyciwszy własną wykładnię rzeczonej publikacji. Zinterpretował ją w ten sposób, iż uczestniczący w trójstronnej misji do Kijowa ministrowie SZ Francji i Niemiec „niejako wbrew stanowisku trzeciego z weimarskich ministrów (stąd formuła «chociaż zdawali się na jego kompetencje»), «rozbudzili złe moce» oraz ostatecznie doprowadzili przez to – zmusili Rosję, czego «nie byli w stanie poskromić» – do wybuchu wojny Rosji przeciw Ukrainie”.

Skonfrontowawszy tę interpretację z moim tekstem doszedłem do wniosku, iż Cenckiewicz albo go czytał w stanie nietrzeźwym, albo jest uwspółcześnionym „upierdliwym Kryspinem”, bufonem z satyr Juwenala (Ecce itereum Crispinus). Odnośny fragment mego tekstu brzmiał: „Trzej weimarscy ministrowie SZ, którzy przyczynili się do tego kompromisu [21 lutego 2014 r. w Kijowie], w efekcie rozbudzili niczym uczniowie czarnoksiężnika – chociaż zdawali się na kompetencje Radosława Sikorskiego jako speca, w ich pojęciu, od Wschodu – złe moce, których potem nie byli w stanie poskromić. I które uzłowieszczyły się w postaci przewlekłej wojny rosyjsko-ukraińskiej, od 2022 r. toczącej się w pełnej skali”. Pomyślałem jednak, iż istnieje także inne wyjaśnienie – Cenckiewicz jest nieodrodnym wnukiem swego ubeckiego praszczura; wszak kunszt przeinaczania i dezinterpretacji oświadczeń złożonych przez „wrogów ludu”, iżby ich tym łatwiej „demaskować”, wzniósł na himalajskie wyżyny Andriej Januarowicz Wyszyński, główny prokurator ZSRS w procesach moskiewskich (lata 1936-1938). Teraz na te wyżyny gramoli się Cenckiewicz.

W przytoczonym fragmencie swego tekstu chciałem udobitnić fakt, iż trójka weimarskich ministrów w Kijowie ingerowała w materię znacznie bardziej zawikłaną i pokrętną niż naiwne europejskie wyobrażenia o „demokratach z Euromajdanu”, których flekowały „dzierżymordy od Janukowycza”. Ton tym wyobrażeniom nadawał Sikorski, wspierany przez rzecznika MSZ, Marcina Wojciechowskiego, ukrainofila z „Gazety Wyborczej” i kilku innych proukraińskich fagasów. Jak upewniłem się z biegiem lat, Sikorski – sprawnie i otwarcie kontaktujący się z Rosjanami, zwłaszcza z Ławrowem, który najwyraźniej go cenił – w niektórych okolicznościach poddawał się osobliwym atawizmom rusofobicznym (zaległym zresztą w wielu duszach polskich), wisusował i awanturował się antyrosyjsko.

Takie okoliczności ujawniły się podczas lutowego kryzysu w Kijowie. Powierzchowna i zgodna z europejskim algorytmem myślowym ocena antagonizmów na Ukrainie, w połączeniu z atawistyczną motywacją polskiego ministra, by Ukrainę, państwo kulturowo eurazjatyckie, nie bacząc na koszty, wyłuskać z orbity rosyjskiej – wszystko to wciągnęło 20-21 lutego 2014 r. trójkę ministrów weimarskich w tę rozgrywkę va baque. Okazało się jednak, iż konsekwencje tego hazardu – niczym niekiełznane złe moce wyzwolone przez indolentnych „uczniów czarnoksiężnika” – rozpętały w ostatecznym rozrachunku konflikt na wschodniej Ukrainie, a potem wojnę rosyjsko-ukraińską. Czyżby o to chodziło trzem ministrom weimarskim, którzy 20 lutego 2014 r. udali się do Kijowa ? Najwyraźniej nie, tym bardziej, iż strona francuska i niemiecka uzmysłowiły sobie poniewczasie, iż może pod wpływem polskiej delegacji zagalopowały się, przelicytowały. Dlatego też uruchomiony niebawem, w tymże 2014 r., format negocjacyjny w kwestii ukraińskiej wyłączał już Polskę, a usługi mediacyjne w relacjach między Rosją a Ukrainą świadczyły tylko Francja i Niemcy i do pewnego stopnia Białoruś, która była gospodarzem rokowań (tzw. proces miński). Można więc powiedzieć, iż Białoruś niejako wyparła Polskę.

Cenckiewicz sili się na uszczypliwość pisząc, iż „według Bratkiewicza (…) Majdan dokonał «zamachu stanu» (pokojowego)”. Tutaj Cenckiewicz podśpiewuje Sikorskiemu, który w ONZ, replikując Ławrowowi, oświadczył, iż w ostatniej dekadzie lutego 2014 roku w Kijowie „nie było żadnego zamachu stanu. Prezydent Janukowycz został odwołany ze stanowiska przez demokratycznie wybrany parlament Ukrainy, w tym również przez członków swojej własnej partii”. I rzeczywiście, ukraińska Rada Najwyższa 22 lutego 328 głosami przegłosowała odwołanie Janukowycza ze stanowiska, przy czym ponad połowa głosujących „za” (165 deputowanych) stanowili byli członkowie Janukowyczowej Partii Regionów, wspierający ich komuniści oraz posłowie niezrzeszeni.

Jak do tego doszło? Przede wszystkim porozumienie podpisane 21 lutego zakładało, iż w ciągu 48 godzin przywrócona zostanie na Ukrainie wersja konstytucji z 2004 roku, która ograniczyłaby kompetencje Janukowycza – ale w żadnym razie nie dawało to placet na jego odwołanie w ciągu 24 godzin po podpisaniu porozumienia. najważniejsze paragrafy rzeczonego porozumienia stanowiły, iż na Ukrainie powołany zostanie rząd jedności narodowej, a przedterminowe wybory prezydenckie odbędą się nie później niż przed końcem 2014 roku.

Wydarzenia w Kijowie potoczyły się jednak zupełnie inną koleją. Jeszcze przed podpisaniem porozumienia, 21 lutego z samego rana Sikorski i Steinmeier spotkali się z prowidnikami i sotnikami majdanowymi, którzy w manierze nader przypominającej wiecowanie kozactwa na Siczy, opisane przez Sienkiewicza, krzykliwie protestowali w obliczu ministrów przeciw kompromisowi z Janukowyczem: „tomu szczo ce pohana ludyna!”. Wszelako kiedy kilka godzin później porozumienie zostało podpisane, a potem jego sygnatariusze z opozycji: Witalij Kliczko, Arsenij Jaceniuk i Oleh Tiahnybok pojawili się na Majdanie, spotkały ich gwizdy i buczenie zgromadzonych. Tuż po podpisaniu porozumienia ataman Samoobrony Majdanu, Andrij Porubij, domagał się publicznie natychmiastowej dymisji Janukowycza, w przeciwnym razie majdanowcy zaatakują urząd prezydencki. Tego samego żądał popularny wśród czerwono-czarnych sotni ich prowodyr, Wołodymir Parasjuk. Agresywność Majdanu wrastała, w miarę jak z centrum Kijowa i w ogóle z miasta wycofywały się (zgodnie z podpisanym porozumieniem) siły podległe Janukowyczowi. Majdanowi mołojcy spontanicznie zajmowali urzędy centralne nie napotykając oporu i przymierzali się do opanowania Rady Najwyższej. Nic więc dziwnego, iż wielu deputowanych – przydupasów i klakierów dotychczasowej władzy – teraz ze spodniami pełnymi obaw przed hurmą mołojecką z Majdanu, dzień później gorliwie uczestniczyło w głosowaniu, aby zdetronizować Janukowycza.

Słowem, już kilka godzin po podpisaniu, porozumienie kijowskie stało się świstkiem papieru. Albowiem 21 lutego centrum Kijowa znalazło się pod kontrolą mołojców z Majdanu, a Janukowycz, zamiast domagać od nich współpracy we wdrożeniu rzeczonego porozumienia, wieczorem tegoż dnia chyłkiem pierzchnął z miasta. Skądinąd w tym samym czasie delegacje polska, francuska i niemiecka beztrosko, w złudnym poczuciu sukcesu ich misji, opuszczały Kijów. 22 lutego Sergiej Ławrow zwrócił się z apelem do trójki weimarskich ministrów, ażeby domagali się od Ukraińców implementacji porozumienia, którego byli solennymi gwarantami. I owszem, ponad miesiąc później, Laurant Fabius, Radosław Sikorski i Frank-Walter Steimeier wspólnie zaapelowali do nowych („majdanowych”) władz Ukrainy, aby „zrobiły wszystko, co w ich mocy, iżby fundamentalne zasady zawarte w porozumieniu z 21 lutego legły u podstaw polityki Ukrainy”. Ich wezwanie poszło, przez eter, w kierunku Marsa, Saturna, Neptuna i dalej, ale na pewno nie dotarło do triumfujących majdanowców.

Fakty to rzecz uparta, ale ich rozumienie pozostało ważniejsze. Rosja uznała, iż porozumieniem z 21 lutego wystrychnięto ją na dudka. Jej przedstawiciel, Władimir Łukin, „ostatni Mohikanin” liberalizmu pieriestrojkowego, nie podpisał owego porozumienia, twierdząc, iż skaził je zasadniczy defekt: nie precyzuje mianowicie procedur wykonawczych i tego, kto miałby nad nimi sprawować pieczę. Pandemonium, jakie rozpętało się w Kijowie, ledwie tylko wysechł atrament na porozumieniu, pokazało, iż miał rację. W kulturze eurazjatyckiej podpisuje się porozumienia, żeby skołować stronę przeciwną i nie mieszkając ruszyć do kontrataku. W Eurazji nieszczególnie się przestrzega „łacinnickiej” zasady: pacta sunt servanda. W Kijowie obie strony porozumienia od razu je zdradzili: majdanowcy wznowili ataki na struktury władzy, a Janukowycz sromotnie podał tyły. Zasadę pierwiastkową eurazjatyckiej kultury politycznej zwerbalizował Włodzimierz Lenin – ważne jest, kto kogo pośle do piachu.

W starym dowcipie koziołek postanawia przeprawić się przez Nil na grzbiecie krokodyla, który go zapewnia uroczystym słowem honoru, iż z przeprawy wyjdzie bez szwanku. Na środku Nilu krokodyl jednak usiłuje pożreć swego pasażera, i kiedy koziołek rozpaczliwie krzyczy: „Przecież dałeś słowo honoru, iż tego nie zrobisz!”, krokodyl odpowiada: „Tak, ale tu jest Afryka. Afryka !”. Weimarscy ministrowie również nie uzmysłowili sobie, niczym niewiniątka, iż będąc w Kijowie znaleźli się w Eurazji. W Eurazji! Zresztą i w Polsce sfora pisowska po dziś dzień rozpamiętuje, dając upust swemu eurazjatyzmowi, iż należało było powywieszać „czerwoną hołotę”, a nie z nią paktować przy Okrągłym Stole.

Cenckiewicz, zrozumieliście cały wywód? Czy też mam go objaśnić w jeszcze bardziej przystępnej formie obrazkowej?

Prof. Jarosław Bratkiewicz

Myśl Polska, nr 41-42 (11-18.10.2026)

Read Entire Article